Rzadko robię odstępstwa od reguły najpierw książka – później film. W tym przypadku zostałam poniekąd zmuszona, bo zarówno na książkę, jak i na film, który powstał na jej podstawie miałam wielką ochotę, a zaproszenie do kina pojawiło się jako pierwsze. I to był błąd.

Film Hallströma jest kolorowy i smakowity, przepełniony pozytywną energią, sprawiający, że po seansie wychodzi się z pełnym uśmiechem na ustach i pobudzonymi śliniankami. Chyba podświadomie tego samego szukałam w książce i niestety… nie znalazłam.

Krótko o fabule. Całość historii rozpoczyna się w Bombaju, gdzie dziadek głównego bohatera i zarazem narratora, Hassana Haji, przybywa w 1934 roku, w poszukiwaniu lepszego życia. Tu właśnie zaczyna się poniekąd kulinarna przygoda rodziny Haji, początkowo od dostawy pudełek z lunchem, poprzez stragany na rowerach i ruchome bary z przekąskami, aż do przydrożnego namiotu z jedzeniem, który koniec końców zamienia się w betonowo-ceglaną restaurację, pozwalając na sukces i zgromadzenie całkiem niezłej sumki pieniędzy. Niestety, sukces nie zawsze idzie w parze z szacunkiem i sympatią otoczenia, przez co, krótko po śmierci Bapajiego, dochodzi do tragedii, która sprawia, że rodzina Haji postanawia wyjechać z kraju, trafiając najpierw do Londynu, później zaś do Lumière, niezwykle urokliwego francuskiego miasteczka, gdzie postanawiają osiąść na stałe. 

Właściwie tutaj dopiero Hassan zaczyna naprawdę spełniać się w kuchni, nie tylko doskonaląc już nabyte umiejętności, pogłębiając wrodzony talent kulinarny, ale też poznając tajniki kuchni francuskiej, zupełnie odmiennej od tej indyjskiej, która pozwoli mu na spełnienie marzeń i osiągnięcie mistrzostwa. 

Myślę sobie, że autor spokojnie mógł zakończyć powieść na tym właśnie etapie, w tym urokliwym miasteczku, gdzie rodzinie Haji przyszło początkowo walczyć z madame Mallory, niedopuszczającą do siebie nawet myśli, że naprzeciwko jej dwugwiazdkowej restauracji może stanąć coś równie ordynarnego jak lokal z indyjskim jedzeniem. Można było, dokładnie tak jak w filmie, znacznie skrócić ostatnią, paryską część, która nie wywołuje już żadnych emocji, a zwyczajnie nudzi, można było tylko krótko podsumować kolejne sukcesy Hassana, a nie rozciągać je w nieskończoność, sprawiając tylko, że książka zaczyna nużyć i wywoływać ciągłe pragnienie sprawdzania ile jeszcze zostało stron do końca.

Zabrakło mi w powieści tej miłości do dobrej kuchni, tej pasji gotowania, tych barw, smaków i zapachów, które widziałam przecież w filmie. Tu zwyczajnie tego nie czułam. Owszem, w książce Moraisa znajdziemy opisy potraw, ale jakieś takie… niekoniecznie sprawiające, że miałabym ochotę tego jedzenia spróbować. A już na pewno nie takie, że czułabym całą sobą aromat indyjskich przypraw, że oczami wyobraźni widziałabym te wyrafinowane francuskie dania. Mam wrażenie, że Podróż na sto stóp w wersji papierowej jest pozbawiona całej tej magii, którą czułam oglądając bohaterów na kinowym ekranie, że autor poniekąd zaniedbał warstwę kulinarną, tą, która powinna pobudzić zmysły czytelnika. Że skupił się bardziej na opisaniu drogi Hassana i poszczególnych etapów, które ten musiał przejść, aby osiągnąć mistrzostwo w kuchni, pomijając całą emocjonalną otoczkę procesu.

Film zatem chętnie obejrzę kiedyś raz jeszcze, do książki na pewno nie wrócę, co jednak stanowi miłą informację dla Was, bo chętnie oddam ją w dobre ręce. Na zgłoszenia czekam do poniedziałku (17.11) i… będę wdzięczna za polecenie lektur okołokulinarnych, które wywołają u mnie ślinotok. 

***

Dziękuję za wszystkie zgłoszenia i polecenie książek, część z nich znam, część nawet czytałam, ale niektóre są dla mnie zupełnie nowe, chętnie się za nimi rozejrzę.

Za poślizg przepraszam, oto wyniki losowania:

Jezyna22, gratuluję i proszę o podesłanie adresu, mam nadzieję, że książka będzie Ci się podobać.