Zacznę od tego, że bardzo rzadko kupuję książki w cenie okładkowej. W przypadku najnowszej powieści Małgorzaty Wardy też starałam się wytrzymać. Naprawdę. Wstrzymywałam się miesiąc. Starałam się zapomnieć, jak wygląda okładka. Starałam się nie myśleć, że Warda napisała coś nowego. Starałam się nie zwracać uwagi na to, że kolejną powieść wydała jedna z niewielu autorek, które chyba z czystym sumieniem mogłabym zaliczyć do tych ulubionych. I poległam… na całej linii. Poleciałam do księgarni jak ta głupia, chociaż słyszałam wciąż wredny głosik, gdzieś z tyłu głowy, który marudził, że mając na półkach tyle nieprzeczytanych książek, kupuję kolejną. No cóż. Miałam tylko nadzieję, że nie będę żałować…

Jasmin i Staszek znali się od zawsze. Urodzeni w półrocznym odstępie czasu, wychowywani przez najbliższe przyjaciółki, poniekąd siostry, nie wyobrażali sobie nawet, że mogliby stworzyć szczęśliwy związek z kimś innym. Gdy pewnego dnia, w domu Staszka dochodzi do tragedii, Jasmin wymusza na nim obietnicę. Obiecaj mi coś. […] Obiecaj, że gdyby coś ci się stało… No, wiesz, gdybyś na przykład zginął, albo coś… […] Gdybyś kiedyś umarł, a ja wciąż bym żyła… Obiecaj, że przyjdziesz do mnie, że dasz mi jakiś znak. Żebym wiedziała, że wciąż jesteś.*
Kilka lat później, gdy Staszek znika, Jasmin jest przekonana, że tylko ona może dociec prawdy. Analizując całe ich życie, próbuje znaleźć tę jedną chwilę, która doprowadziła ich do tego właśnie miejsca. Z pomocą rodziców, policji, a nawet medium, stara się odnaleźć ukochanego.
Jedno zaginięcie przestaje być ważne, gdy pojawia się kolejne. Zaginięcie osoby dorosłej liczy się o wiele mniej niż zaginięcie dziecka. Czas płynie, policja ma swoją robotę, ograniczone fundusze i nikogo naprawdę nie obchodzi to, czego doświadczają najbliżsi zaginionego. Z jakim bólem zmagają się na co dzień, nie mając żadnej pewności, co do tego, co się z nim dzieje.
Bardzo ciężko jest się pogodzić ze stratą ukochanej osoby. Ze świadomością, że już nigdy więcej się jej nie zobaczy, nie usłyszy, nie poczuje. Że powoli zacznie się zapominać jej głos, to, jak brzmiał jej śmiech, to jak jej usta wyginały się w uśmiechu. Że pozostaną tylko zdjęcia, powoli tracące barwę, zapomniane, schowane gdzieś na dnie szafy, nieoglądane, bo wywołujące okrutny ból.
Chyba jednak jeszcze ciężej pogodzić się z tym, że tak naprawdę najbliższej nam osoby mogliśmy zupełnie nie znać, nic o niej nie wiedzieć. Że człowiek, z którym układaliśmy swoje życie, z którym wiązaliśmy swoją przyszłość, z którym próbowaliśmy być szczęśliwi, z którym łączyło nas niemal wszystko, którego myśli mogliśmy poznać bez wypowiedzenia jednego słowa, może pewnego dnia odejść. Zostawić nas, uznając, że nie zasługujemy nawet na jedno, krótkie żegnaj.
Jak oddech to opowieść o miłości. Tej pierwszej, początkowo bardzo niewinnej, ale za to od razu ogromnej, powoli uzależniającej i poniekąd także niszczącej. To opowieść o miłości, która sprawia, że człowiek zaczyna zachowywać się jak wariat, która wywołuje w nas przekonanie, że dla tej drugiej osoby jesteśmy w stanie zrobić wszystko. Miłość, która sprawia, że zaczynamy zachowywać się jak bluszcz, owijając się wokół ukochanego, chcąc czuć bliskość, chcąc zapewnić mu wszystko, co najlepsze, ale jednocześnie ograniczając jego własną przestrzeń.
Cała narracja poprowadzona jest z punktu widzenia Jasmin. Poznajemy wszystkie jej uczucia, widzimy świat takim, jakim ona go widziała, jednocześnie jednak, pomiędzy wersami dostrzegając emocje Staszka czy pozostałych bohaterów. Wielokrotnie też Jasmin, zwracając się bezpośrednio do Staszka, zdaje się mówić wprost do czytelnika, tym samym potęgując nasze odczucia.
Małgorzata Warda nie daje nam żadnych odpowiedzi, nie narzuca własnej wersji zakończenia tej historii. Ona daje wskazówki, przedstawia miejsca, w których możemy szukać rozwiązania. To tu, to tam podstawia nowe szczegóły, czasem, wydawałoby się zupełnie nieistotne, które jednak w znaczący sposób wpływają na całość. Pozwala nam wybrać to, co dla nas lepsze, sprawiając jednocześnie, że nie będziemy mogli przestać myśleć o alternatywnej wersji.
Lubię, jak mnie autor tak wytelepie. Lubię, gdy po lekturze zostaję z tysiącem myśli i zwyczajnie nie potrafię skupić się na żadnej innej książce, bo w głowie wciąż mam historię, o której właśnie skończyłam czytać. Lubię, gdy wciągnie mnie w wykreowany przez siebie świat tak mocno, że nie mogę się otrząsnąć przez kolejnych kilka dni. Albo tygodni. Gdy czytając kolejną powieść, moje myśli nadal kierują się ku tej jednej historii. Małgorzacie Wardzie kolejny raz się to udało. Dziękuję.
Małgorzata Warda, Jak oddech, Warszawa, Prószyński i S-ka 2013.
*s. 16