Naprawdę rzadko zdarza mi się porzucić książkę w połowie. Zawsze staram się jakoś jednak przemęczyć i doczytać do końca, wiadomo, że czasami ten ostatni rozdział potrafi całkowicie zmienić nasze odczucia. Niestety, książka I ktoś rzucił za nim zdechłego psa pokonała mnie na całej linii. Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak bardzo się nad czymkolwiek namęczyłam, chyba nawet skrypty wchodzą mi lepiej.
Nie lubię tego robić, ale po spędzeniu nad książką ponad tygodnia, przeczytaniu jej połowy, próbie zmiany podejścia i patrzenia na książkę nieco łagodniej doszłam do wniosku, że nie warto. Naprawdę, nie warto się męczyć, zwłaszcza gdy zdałam sobie sprawę jak wiele lepszych książek na mnie czeka. i czuję się usprawiedliwiona, bo włożyłam naprawdę wiele wysiłku, żeby przynajmniej spróbować.
W założeniu Jean Rolin chciał napisać książkę w całości poświęconą psom feralnym, czyli takim, które kiedyś udomowione na powrót stają się dzikie. W tym celu zaplanował podróż niemalże dookoła świata. Podróżując poprzez Tajlandię, Meksyk, Liban, Izrael i wiele innych państw miał pokazać swym czytelnikom w jaki sposób te bezdomne psy funkcjonują w obrębie różnych kultur. Moim zdaniem nie pokazał.
Na tych kilkudziesięciu przeczytanych przeze mnie stronach naprawdę mało znalazłam informacji o psach. Mam wrażenie, że były one raczej tylko pretekstem dla autora do tego, żeby opisał własne podróże, spostrzeżenia i uczucia jakie nim podczas tych podróży władały. W dużej mierze zwrócił także uwagę na ludzi, na społeczeństwa w jakich dane mu było przebywać, na różnice kulturowe. Naprawdę mało w tej książce o psach, a jeśli już to wspomniane są one jakby mimochodem, bardzo krótko i od niechcenia.
Ta zmiana tematu nie byłaby jeszcze taka zła. Przecież o ludziach też lubię czytać, o podróżach, o poznawaniu innych kultur, obyczajach ludzi na całym świecie wprost uwielbiam. Tym jednak co wpłynęło na ostateczną decyzję o odłożeniu książki okazał się styl autora. Dla mnie po prostu niestrawny. Długie, złożone, zawiłe zdania, momentami ciągnące się przez pół strony doprowadzały mnie do szału. Nie potrafiłam się zupełnie skupić, a dochodząc do końca zdania nie pamiętałam już o czym było na początku i chcąc, nie chcąc musiałam do niego wrócić, przez co miałam wrażenie, że jedną stronę czytam w nieskończoność. Kolejne rozdziały (nie za każdym razem, ale często, zbyt często, by tego nie zauważyć) wydawały mi się jakimś oderwaniem od większej całości. Rzadko kiedy udawało mi się dostrzec między nimi jakiekolwiek związki. Czasami zastanawiałam się czy to nie są zaledwie wycinki z różnych utworów autora posklejane bez ładu i składu. W dodatku moim zdaniem Rolin pisze po prostu nudno.
Poniżej zaś mała próbka stanowiąca jednocześnie, co trzeba podkreślić, jedno zdanie:
Kiedy się przybyło od północy, przekroczywszy Litani pieszo mostem Kasmiyeh, pokawałkowanym przez bombardowanie, ale wystającym z niezbyt głębokiej wody, a potem czekało się wśrób bananowców na samochód, który wyjechał nam z Tyru, wreszcie przebyło się możliwie najszybciej drogą pełną lejów, dziesięć kilometrów dzielących miasto od mostu Kasmiyeh, kiedy zatem przybyło się z północy i wjechało do Tyru arterią, o którą w dole rozbijały się fale, podczas gdy z przeciwnej strony drogi, pośród budynków, które się ostały, widać było inne, zniszczone, o charakterystycznym dla wielopiętrowych budowli ostrzelanych przez „inteligentne” bomby o wyglądzie ciasta francuskiego, odnosiło się najpierw wrażenie, że miasto jes opuszczone albo życie w nim skryło się w piwnicach. *
Ocena: 1,5/6
Jean Rolin, I ktoś rzucił za nim zdechłego psa, Wołowiec, Wydawnictwo Czarne 2011.
*Tamże, s. 76-77.