Już przy okazji Dewey’a pisałam, że uwielbiam koty. I choć od kilkunatu lat towarzyszy mi kochana, poczciwa psinka to przez moje nie tak znowu długie życie przewinęły się dwa kocury i głęboko wierzę w to, że kiedyś jeszcze kota będę mieć. Najlepiej grubego, leniwego i rudego. Od dawna mi się taki marzy. Doris Lessing umożliwiła mi obcowanie z tymi cudownymi stworzeniami choć przez kilka godzin, i tak jak Piąte dziecko podeszło mi średnio, tak O kotach uwiodło mnie całkowicie. Zdaję sobie sprawę, że fragmenty o zabijaniu dopiero co narodzonych kociąt dla wielu czytelników mogą być wstrząsające, wielu mogą zniechęcić do dalszej lektury, dla mnie jednak to było sygnałem, że autorka zamierza pisać o wszystkim, zamierza być ze mną całkowicie szczera, niczego nie zatajać. Z wielką miłością, ale bez zbędnej tkliwości opowiedzieć o przygodach kotów, zarówno tych którym dane było u niej zamieszkać tylko przez jakiś czas, jak i tych które w jej domu spędziły u niej całe życie.

Spośród trzech opowiadać zamieszczonych w książce starałam się wybrać to, które podobało mi się najbardziej. I klops, nie potrafię. Każda z tych historii ma swój czar. Albo inaczej, każdy z tych kotów ma swój czar i ja nie umiem, a może też nie chce, faworyzować żadnego z nich, bo każdy jest w pewien sposób niezwykły. Szara kotka lubiąca psoty i pieszczoty, walcząca jak lwica o swą pozycje w domu, nie potrafiąca zajmować się własnymi dziećmi, a na starość przyprowadzająca do domu zupełnie obcego kota, tylko po to, by miała w czyim towarzystwie posiedzieć. I jej współlokatorka – zupełne przeciwieństwo: kotka czarna – idealna mama dla swoich kociąt, znająca swoje miejsce w domu, która wzruszyła mnie tym jak nauczała swoje potomstwo jeść z miski czy korzystać z kuwety. Charles próbujący zrozumieć jak działają cuda techniki, kot który gada przez całą drogę ze schodów do ogrodu i z powrotem, komentuje wszystko, co się dzieje w domu*. Rufus, rudy przybłęda, mruczący tak głośno, że mieszkańcy domu zmuszeni byli przygłaśniać telewizor,Rufus, którego każdy kolejny krok był dokładnie przemyślany i który zanim zrobił cokolwiek obmyślał dokładne plany swego działania i wreszcie Rufus, który aż do końca nie był w stanie ponownie zaufać człowiekowi. I El Magnifico – kot wspaniały, największy z miotu, pełniący rolę ojca zamiast brata, wymuszający kaszel, by zwrócić na siebie uwagę i zachowujący dumę, nawet w chwilach, w których mógłby się poddać najtwardszy człowiek.

Doris Lessing dzięki tej książce przekonała mnie znów do swojego pisarstwa, mało tego sprawiła, że w nogach czułam ciepło i wibracje, a w uszach słyszałam mruczenie. Może to Rufus dziękował tak głośno, że słychać go było, aż tutaj u mnie.

Ocena: 5/6

Doris Lessing, O kotach, Warszawa, Prószyński i S-ka, 2008.

*s. 159