Pani Dalloway / Virginia Woolf ; przeł. Krystyna Tarnowska. – Kraków : Wydaw. Znak , 2003. – 245, [3] s. ; 20 cm. – ISBN 83-240-0302-9

Po przeczytaniu Godzin, które czytało mi się dobrze i obejrzeniu ich ekranizacji, która mnie zachwyciła bardzo bałam się sięgnąć po Panią Dalloway. Zresztą też nie za bardzo miałam okazję, albo może inaczej, nie szukałam okazji do spotkania z książką Woolf, spokojnie czekając aż będzie dostępna w bibliotece. Doczekałam się, przyniosłam ją do domu, położyłam na stoliku, teraz ona musiała swoje odczekać, bo bałam się, bałam się strasznie, że mnie rozczaruje, że książka, która w mojej wyobraźni była książką idealną po prostu nie spełni moich oczekiwań. Coż mogę powiedzieć? Znacie to uczucie, gdy spotykacie dawno niewidzianego znajomego? Miło się rozmawia, ale po wymienieniu ogólnych uprzejmości nie bardzo wiadomo, jaki temat poruszyć, o co wypada zapytać i zaczynacie już tylko szukać pretekstu aby rozmowę zakończyć i odejść. Właśnie, tak samo było ze mną i panią Dalloway.

Otworzyłam książkę i przeczytałam to pierwsze zdanie, zdanie, które znałam już niemalże na pamięć. I tak jak staremu znajomemu, tak i Klarysie (w książce niektóre imiona zostały spolszczone, więc i ja pozwolę to sobie zrobić, swoją drogą nie wiem dlaczego i po w ogóle spolszczano jedne imiona, podczas gdy inne pozostawiano w wersji oryginalnej, ale mniejsza z tym) towarzyszyłam podczas spaceru, podczas przygotowywania przyjęcia, wspominając czasy naszej przyjaźni. Razem z nią przeżyłam spotkanie starej miłości, aby potem, zostawić ją w spokoju, w domowym zaciszu, a wyjść razem z Piotrem i towarzyszyć w spacerze tym razem jemu, a potem towarzyszyłam także Lukrecji i Septimusowi i… no właśnie. W pewnym momencie się pogubiłam i już sama nie wiedziałam komu towarzysze. Woolf przechodzi tak szybko od postaci do postaci, że ja zwyczajnie za tym nie nadążałam. Dopiero po chwili docierało do mnie, że to już inna postać. Dla mnie wszystko działo się za szybko i zamiast towarzyszyć bohaterom to gdzieś w połowie wysiadłam i zaczęłam występować w roli biernego obserwatora, który stoi i patrzy, ale już nie próbuje poczuć tego co bohaterowie, już nie próbuje ich zrozumieć, wejść w ich myśli.

Nie mówię, że to zła książka, po prostu kolejny raz chyba postawiłam poprzeczkę ciut za wysoko i powieść, która miała zachwycić okazała się wcale nie być jednak ideałem. Woolf niewątpliwie miała wielki talent, ale niestety zabrakło między nami tej magii, na którą tak przecież liczyłam.

Ocena: 4/6