Czytając tę książkę wróciłam myślami do tych upalnych letnich dni, kiedy naprawdę ciężko pozbierać myśli, a jedyne o czym człowiek marzy to wyłożyć się gdzieś w spokojnym, nieco chłodniejszym miejscu, najlepiej ze szklanką zimnej wody pod ręką i po prostu pozwolić tym myślom totalnie odpłynąć.

Był jeden z takich upalnych dni, podczas których z nieba lał się żar, a tętniące życiem miasto jakby spowolniło i ucichło. Ludzie oszczędzali energię, szukając odrobiny ochłody w domowym zaciszu, ulice były opustoszałe i ciche. Ptaki nie miały siły na zbyt intensywne trele i nawet dzieci nie dawały o sobie znać tak dobitnie, jak zazwyczaj*. I właśnie w takich okolicznościach poznajemy Nino, chłopca, który budząc się rano jest pełen nadziei na spędzenie cudownego, wakacyjnego dnia w towarzystwie mamy. Nadzieja jednak szybko pryska, okazuje się bowiem, że mama musiała pilnie udać się do chorej babci, Nino zaś będzie musiał w samotności poczekać na odwiedziny sąsiadki (z którą raczej nie będzie mógł zrobić tych wszystkich rzeczy zaplanowanych z mamą) i przyjazd starszego brata, który stanowi zapowiedź mile spędzonego czasu w tym beznadziejnie rozpoczętym dniu. Tyle, że niespodziewanie wydarzają się dwie rzeczy. Po pierwsze samochód Adama odmawia posłuszeństwa i nie ma szans na to, by w tych okolicznościach dojechał do młodszego brata. Po drugie natomiast fototapeta na ścianie w pewnym momencie zaczyna w dziwny sposób drgać, a z bujnych zarośli wynurza się najprawdziwszy na świecie jaguar, który miękko ląduje tuż pod nogami Nina. I choć początkowo chłopiec boi się, by nie zostać smaczną przekąską Suno, to już wkrótce między nimi rodzi się niezwykła przyjaźń, która poprowadzi ich ku niesamowitym przygodom. A przejażdżka pożyczoną prosto z placu budowy wywrotką, to dopiero ich początek.

Rzeczywistość sprawnie przeplata się tu ze światem wyobraźni. Na tyle sprawnie, że właściwie nie wiadomo czemu mielibyśmy tak naprawdę wierzyć, co mogłoby zdarzyć się naprawdę, a co jest tylko wytworem fantazji, istną fatamorganą, pojawiającą się wtedy, gdy gorące powietrze zakłóca już normalne funkcjonowanie. Mam wrażenie, że sami bohaterowie też nie do końca wiedzą, w co powinni wierzyć. Czy Suno istnieje naprawdę? Czy rzeczywista jest wywrotka, którą jadą w podróż? Na ile prawdziwa jest restauracja, do której trafiają po drodze? Nic tu nie jest oczywiste… Mi nie do końca to odpowiadało, nie potrafiłam się odnaleźć w tej opowieści i właściwie nie jestem do niej przekonana. To jednak najwidoczniej świadczy tylko i wyłącznie o mojej nieco już ograniczonej wyobraźni, bo mój czterolatek nie miał właściwie żadnych zastrzeżeń do książki Lidii Wechterowicz – słuchał jej z zainteresowaniem, nie zgłaszał sprzeciwów, dał się zupełnie ponieść tej historii niezwykłej przyjaźni, która jak sądzę, w jego świecie w całej swojej niezwykłości mogłaby się wydarzyć naprawdę.

Lidia Wechterowicz, il. Martyna Wilner, Suno. Historia niezwykłej przyjaźni, Warszawa, Zielona Sowa 2020

*s.6