Literacko ten rok był dość kiepski. Mało, w moim odczuciu, przeczytanych książek, a przynajmniej znacznie mniej niż w poprzednich latach. W dodatku wśród nich mało tak naprawdę było książek bardzo dobrych i rewelacyjnych. Na wyróżnienie jednak z całą pewnością zasługuje Pani Stefa Magdaleny Kicińskiej, która była moją jedyną szóstką, ale też mocne piątki z plusem, czyli Miłość na szkle Barbary Sęk, Nie przeproszę, że urodziłam Karoliny Domagalskiej, 5 sekund do Io Małgorzaty Wardy, Dobra świnka, dobra Sy Montgomery, Diabli nadali Olgi Rudnickiej oraz Strasznie głośno, niesamowicie blisko Jonathana Safrana Foera. O dwóch ostatnich jeszcze nie pisałam, miałam zamiar do końca roku nadrobić wszystkie notki, ale cóż… wyszło jak wyszło.


Prawda jest też taka, że nie tylko mniej czytałam, ale też pisałam mniej, z mniejszym zapałem i… tak naprawdę nie wiem czy to się w przyszłym roku poprawi, bo coraz mniej mnie do blogowania ciągnie. Choć z drugiej strony ogromnie szkoda byłoby mi to miejsce całkowicie porzucić, więc może po prostu zmieni się nieco charakter czytadełka. Cóż, zobaczymy co czas pokaże.
Pozwolę sobie jednak na trochę prywaty, bo pod tym względem rok 2015 był zdecydowanie udany, pełen niespodzianek, nowych wyzwań i spełnionych marzeń, a przede wszystkim wydarzeń dla mojego życia zdecydowanie przełomowych.
Po pierwsze, na początku stycznia zaczęłam nową pracę. Pracę, która dała mi mocno w kość, bo choć fizycznie jest dosyć lekka, to psychicznie potrafi czasem człowieka wykończyć. Było trochę łez, była zmiana podejścia do wielu rzeczy, była codzienna nauka cierpliwości i zupełnie nowego podejścia do ludzi. Po roku stwierdzam, że mimo wszelkich niepowodzeń, dała mi też mnóstwo satysfakcji i dumy z tego, że tak szybko odnalazłam się w tej nowej roli, do której zupełnie nie byłam przygotowana.
Po drugie po dwóch latach narzeczeństwa i prawie dziesięciu bycia razem w końcu przeszliśmy z M. o poziom wyżej i zostałam szczęśliwą żoną. Ślub wzięliśmy w nieco szalonym tempie, szybko, skromnie, ale właściwie dokładnie tak jak chcieliśmy i wiem już, że mimo obaw jakie łapały mnie przed tym wielkim dniem, jeśli miałabym to przeżyć jeszcze raz, to chciałabym, by wszystko odbyło się dokładnie tak samo.
Po trzecie po trzech latach mieszkania z moim rodzicami w końcu przeprowadziliśmy się do swojego gniazdka. Było trochę problemów, jeszcze więcej zamieszania, trudnych wyborów, mnóstwa dyskusji, jeszcze więcej wahania i niepewności, ale w końcu się udało i przed samym Świętami odebraliśmy klucze do naszego mieszkania. W tej chwili żyjemy trochę na kartonach, wielu rzeczy nam jeszcze brakuje, przestawiamy się z życia wielkim mieście na życie w znacznie mniejszym miasteczku, a… książki zostały u rodziców i zostaną tam pewnie przez kolejne pół roku, ale idziemy powolutku do przodu, a ja naprawdę nie sądziłam, że zakup lodówki może przynieść tyle radości (serio, znacznie więcej niż zakup nowej książki ;)).
I wreszcie po czwarte i prawdopodobnie najważniejsze, w październiku dowiedzieliśmy się, że zostaniemy rodzicami (tak, tak, pierwsze objawy pojawiły się na Festiwalu Literatury Kobiet w Siedlcach, nie była to jednak jelitówka. Swoją drogą, może to znaczy, że rośnie we mnie kolejna miłośniczka dobrej literatury kobiecej? ;)). Ciągle jestem na etapie oswajania się z tą myślą, ale szczęście, którego doświadczyliśmy najpierw obserwując pojawienie się dwóch kreseczek na teście, a potem zdjęć USG jest chyba nie do opisania.
Życzę Wam kochani mnóstwa szczęścia na ten nadchodzący rok, samych dobrych ludzi wokół, uśmiechu na co dzień i wielu pozytywnych wrażeń, a sama jestem pewna, że rok 2016 przyniesie mi ich mnóstwo… 😉