Piękna okładka, zachęcający opis, książka, na którą miałam ochotę odkąd zobaczyłam jej zapowiedź, a jednak… totalna klapa. Mężczyzna ze Stumilowego Lasu okazał się zupełnie czym innym niż się spodziewałam i niestety zawiódł na całej linii.

Christopher Milne prowadzi własną księgarnie, w której po części przez wewnętrzny bunt, po części dlatego, że próbuje się odciąć od niezbyt kolorowej przeszłości, nie sprzedaje książek własnego ojca. Nieco zagubiony, przeświadczony o tym, że postać z książki, której był pierwowzorem, zawsze była ważniejsza niż on sam, także w dorosłym życiu nie potrafi się odnaleźć, a dodatkowo zmaga się z wychowywaniem autystycznego syna. Wszystko zmienia się, gdy w miejscu pracy odnajduje plakat z wiecu protestacyjnego w Paryżu i zaproszenie do wzięcia udziału w tym wydarzeniu. I w tym momencie wszystko zaczyna się rozłazić…
Zaczęło się nawet nieźle, ale im dalej w, nomen omen, las, tym gorzej, bo czytałam coraz bardziej rozdrażniona, rozproszona, coraz mniej do mnie docierało i zastanawiałam się o co właściwie w tym wszystkim chodzi. Spodziewałam się sfabularyzowanej biografii Christophera Robina Milne’a, a zamiast niej dostałam opis dość dziwnej podróży, w której zupełnie nie mogłam się odnaleźć. Fakt, że Lain zmusił mnie do poszukania większej ilości informacji na temat protestów społecznych, które miały miejsce we Francji w 1968 roku, a o których dotąd niewiele wiedziałam, niemniej jednak w samej fabule jego książki zupełnie nie mogłam się połapać. Mieszanie różnych konwencji, mieszanie w ogóle wszystkiego, filozoficzna otoczka i cała ta dekompozycja, obecna na każdej niemalże stronie, sprawiły, że w pewnym momencie poczułam się totalnie zagubiona, a po zakończeniu lektury nie wiedziałam co właściwie powinnam z niej wyciągnąć.
Douglas Lain, Mężczyzna ze Stumilowego Lasu, Poznań, Czwarta Strona 2015