Właściwie zupełnie nie interesowałam się tą książką. I właściwie w ogóle bym jej nie przeczytała, gdyby nie to, że przez pomyłkę trafiła na mój prywatny adres. A skoro już trafiła, to zaczęłam ją kartkować, najpierw przeglądając tylko zdjęcia, później podczytując to tu, to tam, po kilka zdań dosłownie. A w końcu dałam się totalnie wciągnąć, w efekcie przeczytałam całość i uznałam, że nie mam najmniejszego zamiaru komukolwiek jej oddawać.
Nie da się ukryć, że Lato z Radiem cieszy się niesłabnącą popularnością od wielu już lat i co roku zjednuje sobie nowych fanów. Nie da się też ukryć, że ja tą fanką nigdy nie byłam. Żebyście mnie źle nie zrozumieli, nie byłam też nie-fanką. Wiadomo, na dźwięki polki dziadek rusza mi się nóżka, audycję kojarzę, czasem nawet słucham, ale nigdy nie wyczekiwałam jej z niecierpliwością, nie słuchałam z wypiekami na twarzy, nie śledziłam trasy koncertowej i… nigdy też nie byłam na żadnym koncercie organizowanym przez ekipę Lata z Radiem. A przynajmniej tego nie pamiętam. Ale artystów, z którymi współpracowali znam, piosenek słucham, niektóre teksty chcąc nie chcąc umiem na pamięć, choć przecież nigdy się ich specjalnie nie uczyłam, i podśpiewuję sobie często, więc chyba właśnie to wpłynęło na tak pozytywny odbiór tej książki.

Kochane Lato z Radiem nieformalnie, ale jednak zostało podzielone na dwie części, z których pierwszą zajmują opowieści o gwiazdach, z jakimi na przestrzeni lat przyszło załodze radia współpracować, druga zaś opowiada o zabawach i konkursach, które organizowali i które właściwie za każdym razem cieszyły się ogromnym zaangażowaniem ze strony słuchaczy.
Poczytamy więc o tym, w czym tkwi sekret wiecznie mocnego głosu Maryli Rodowicz albo w jaki sposób Doda honoruje swoich największych fanów. Oraz do czego potrafią posunąć się zdesperowane fanki Andrzeja Krzywego, a także co zrobić, by Olek Klepacz przestał w końcu kląć na scenie. Dowiemy się jak przebiegały wybory Miss Lata z Radiem, ile tak właściwie łat miała najbardziej łaciata krowa w Polsce i poznamy przepis na zupę rybną, a właściwie ponad 5 tysięcy litrów tej zupy.
Z każdą kolejną stroną, z każdą kolejną opowieścią rósł mój podziw i szacunek dla całego zespołu zajmującego się przygotowaniem tras koncertowych Lata z Radiem i dopilnowaniem, by wszystko odbyło się zgodnie z planem. To ogromne przedsięwzięcie, ogromny wysiłek, wiele godzin ciężkiej pracy i stresu związanego z tym czy na pewno wszystko zostało dopięte na ostatni guzik i co zrobić, jeśli jedna część misternie przygotowanego projektu legnie w gruzach. Mam wrażenie, że cały sekret tkwi w zachowaniu odpowiedniego dystansu i ogromnej dawki dobrego humoru. Obydwie te rzeczy bardzo mocno czuć na każdej stronie książki Romana Czejarka.
Kochane Lato z Radiem to świetna, przepełniona mnóstwem ciekawostek i anegdotek, a przede wszystkim ogromem dobrego humoru książka, która za sprawą gawędziarskiego stylu autora i jednocześnie długoletniego szefa Lata z Radiem Romana Czejarka, niemal czyta się sama. Historyjki z udziałem Krzysztofa Krawczyka, Stachursky’ego, Ani Wyszkoni, Ryszarda Rynkowskiego i Zbigniewa Wodeckiego, Grzegorza i Patrycji Markowskich, Andrzeja Piasecznego, zespołów Ich Troje, KOMBII i Kabaretu OT.TO… po prostu nie pozwalają się od siebie oderwać i choćby człowiek nie chciał, to i tak łyknie całość prawie na raz, a potem będzie mu mało.
I mam tylko zastrzeżenia do pewnej niedbałości ze strony redaktorów. I nie chodzi tu tylko o literówki, ale na przykład o nieścisłości pomiędzy informacjami w tekście a podpisami pod zdjęciami*. Z drugiej strony, może w zestawieniu z doskonale spędzonym czasem powinnam naprawdę przymknąć oko na taką błahostkę? No, to przymykam. A wy czytajcie, jeśli jeszcze nie czytaliście!
Roman Czejarek, Kochane Lato z Radiem, Warszawa, Wydawnictwo Marginesy 2014
*np. s. 322 – rozbieżności w liczbach