Nieco nostalgiczny Wypadek na ulicy Starowiślnej okazał się idealnym towarzyszem wieczoru spędzanego pod kocykiem i z kubkiem gorącej czekolady w ręku. 

Gdy Lucyna przeglądając krakowski Dziennik natrafia na notatkę sprzed stu lat o wypadku, w którym ucierpiał jej pradziadek, Teodor Hanzelmann, postanawia dowiedzieć się o nim jak najwięcej. To jednak wcale nie będzie tak łatwe, jak by się mogło wydawać.

I tu od razu nasuwają się pytania: ile tak naprawdę wiemy o swoich przodkach? Ile już nigdy się o nich nie dowiemy? I gdzie szukać dawnych historii, gdy ci, którzy mogliby nam je opowiedzieć już dawno odeszli? 

Gdy poszukiwania zdają się prowadzić donikąd, Lucyna postanawia stworzyć własną wersję historii. Bardzo dobrze wypadły właśnie te fragmenty, w których narratorka przenosi nas do 1900 roku, wchodząc w skórę swego pradziadka oraz jego dzieci: Józka i Heli. Ta ostatnia zresztą ujęła mnie najbardziej i bardzo bym chciała, żeby powstała kiedyś powieść poświęcona tylko jej. A może już taka jest, tylko ja jeszcze nic o niej nie wiem?

Czasy współczesne w tej powieści to nie tylko poszukiwanie jakichkolwiek śladów swoich przodków, ale i nagła znajomość z Tadeuszem, przeradzająca się powoli, na pewno jeszcze nie w miłość, ale już lekkie przywiązanie, pewną tęsknotę, może przyjaźń. Nie zabraknie też zabawnych dialogów z dorosłymi dziećmi, a także wątku Lucyny jako początkującej pisarki. Poszukującej natchnienia i inspiracji, tworzącej pierwsze fragmenty przyszłej książki, poddawane pod ocenę syna, ślącej gotowy tekst do wydawnictwa, czekającej najpierw na odpowiedź, a wkrótce i na publikację swego tekstu. 

Te i kilka innych fragmentów, wskazujących na to, że bohaterką i narratorką książki jest sama autorka, sprawiają, że nie mogłam przestać myśleć o tym, co wydarzyło się naprawdę, a co pozostaje zaledwie fikcją literacką.

Wypadek na ulicy Starowiślnej to bardzo klimatyczna powieść. Taka przenosząca z ciepłego łóżka do zupełnie innego miejsca. Aż chciało by się wejść w jej karty, aż chciało by się zaglądnąć w te zakamarki Krakowa, które odwiedzają bohaterowie, przemknąć ulubionymi ścieżkami Lucyny. Jest w tej książce też odrobina melancholii, unosząca się nad wszystkim tęsknota za dawnymi czasami, za Krakowem takim, jakim był kiedyś, ale też za wspomnieniami i historiami, których już nigdy nie usłyszymy, bo nasi przodkowie zabrali je ze sobą już na zawsze.

Lucyna Olejniczak, Wypadek na ulicy Starowiślnej, Zakrzewo, Replika 2012.