Szkoła żon. Miejsce stworzone z myślą o kobietach, niekoniecznie żonach. Miejsce, w którym każda kobieta, bez względu na wiek, stan cywilny, wygląd czy charakter znów poczuje się piękna.

Julia jest świeżo po rozwodzie i nie bardzo potrafi się odnaleźć w tej sytuacji. Wie tylko, że mężczyznom chciałaby powiedzieć stanowcze i zdecydowane nie. Przynajmniej do czasu… W każdym razie żoną nie chce być już nigdy więcej i właściwie tylko za sprawą czyjejś szczęśliwej ręki trafia do tytułowej szkoły. Nie wie czego się spodziewać, nie ma pojęcia na czym polegać będzie owo szkolenie, ale przecież darmowe SPA brzmi całkiem nieźle, prawda? 

Kolejna bohaterka stworzona przez Witkiewicz to Jadwiga. Kobieta po pięćdziesiątce, która właściwie już dawno zapomniała jak to jest być kobietą. Przedkładająca zadowolenie innych nad swoje, od lat regularnie zdradzana przez męża, do owych zdrad przyzwyczajona i nie mająca zamiaru nic z nimi zrobić, bo właściwie po co miałaby psuć chociaż pozorny spokój, stabilizację, wygodę i… szczęście dzieci?

Michalina to słodka dziewiętnastolatka, która całkowicie mnie rozczuliła. Przyznaję, przy pierwszej scenie z nią prawie popłakałam się ze śmiechu, ale im dalej, tym była mi bliższa. To dziewczątko tak zagubione, tak zapatrzone w tego swojego tępawego Misia, tak skupione na zapewnieniu mu wszystkiego, co najlepsze, nawet kosztem własnej przyjemności, że zwyczajnie nie mogłaby nie wzbudzić w czytelniczkach żadnych cieplejszych uczuć. Z drugiej strony to właśnie ona często wykazywała się dojrzałością znacznie większą niż reszta kobiet. Może zresztą ze względu na wiek, najbardziej zbliżony do mojego, stała mi się aż tak bliska?

Jest też Marta. Kobieta teoretycznie całkiem szczęśliwa. Prowadząca teoretycznie ustabilizowane życie. Z mężem, może zbyt często nieobecnym, ale jednak stosunkowo wiernym. A przy tym walcząca, albo też wciąż od nowa postanawiająca walczyć z nadwagą, która… no cóż, swoimi rozmiarami potrafiłaby przesłonić każdy ogrom szczęścia. Żałuję, że Marcie autorka poświęciła tak mało miejsca. To ciekawa postać, z problemami, z jakimi boryka się na co dzień wiele kobiet. Warto więc byłoby rozwinąć jej wątek. Ale może jeszcze wszystko przed nami? 

Mam wrażenie, że ta cała otoczka w postaci erotycznych scen czy w ogóle osadzenia akcji w Szkole żon, miejscu, gdzie każda kobieta nauczy się w końcu nie dawania, ale brania i czerpania z tego jak największej przyjemności, to tylko przyczynek do tego, by zabrać głos w o wiele istotniejszej sprawie. Najnowsza powieść Witkiewicz to ważna książka. Nie zmienia naszego życia, nie rewolucjonizuje myślenia, ale coś tam jednak w głowie przestawia i zmusza do głębokiego przeanalizowania tego czy, nie otoczenie, ale my same traktujemy siebie tak, jak powinnyśmy i tak, jak na to zasługujemy. Jak zasługuje na to każda kobieta.

Szkołę żon się pochłania. Dosłownie. Kartki przewracają się właściwie same, a przy ostatniej z nich zostajemy z wypiekami na twarzy i dziwnym poczuciem osamotnienia. Poczułam się tak, jakbym przez chwilę sama była tam, na Mazurach, i nagle, bez uprzedzenia, kazano mi się spakować i pożegnać nie tylko z licznymi atrakcjami, ale przede wszystkim z uroczymi towarzyszkami, do których przecież już zdążyłam się przywiązać. 

To, co mi się nie podobało, to pewna niekonsekwencja. W założeniu Szkoła Żon miała służyć odnalezieniu własnego ja, pewnego rodzaju dowartościowaniu, przypomnieniu sobie o tym, że kobieta sama w sobie jest ważna i że nawet bez mężczyzny jest w pełni wartościową osobą, tymczasem bohaterki Witkiewicz po rozstaniu z jednym facetem, niemal automatycznie wpadają w ramiona drugiego. Po jednym nieudanym związku, natychmiastowo poszukują jakiejś namiastki stabilizacji w kolejnym. Tak jakby osiągnięcie szczęścia bez stałego partnera było właściwie niemożliwe. A może zresztą jest?

Magdalena Witkiewicz, Szkoła żon, Poznań, Wydawnictwo Filia 2013.