Uwielbiam wystawiać książkom wysokie noty, co zresztą widać po mojej chmurze tagów, w której piątka zdecydowanie wysuwa się na prowadzenie. I nie chodzi tylko o to, że jestem łagodna przy ocenie (choć może i trochę jestem, nie mnie to oceniać), ale też o to, że kolejna piątka to dla mnie znak, że dobrze wybieram, że znam swój gust i potrafię pośród wielu tytułów, na ogół bezbłędnie trafić w to, co może mi się spodobać. Pojawia się więc pytanie dlaczego wśród tych moich ocen tak mało jest szóstek? To bardzo proste. Boję się je wystawiać, bo boję się, że którąś z nich mogę wystawić na wyrost. Szóstki mam zarezerwowane dla książek wyjątkowych, jedynych w swoim rodzaju, wyróżniających się na tle setek innych. Szóstki zarezerwowane mam dla książek takich jak ta.
Życie jak w Tochigi to, właściwie jak sam tytuł wskazuje, zbiór krótszych lub dłuższych tekstów opisujących życie na japońskiej prowincji. Tekstów dla mnie tym bardziej egzotycznych, że jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, że w Japonii, ojczyźnie nowoczesności można żyć w taki sposób, a więc bez ciepłej bieżącej wody, bez centralnego ogrzewania, bez dobrze zaopatrzonego (i w miarę taniego) sklepu w najbliższej okolicy. Jak dla mnie, kosmos. Wiem, wynika to z mojego trochę głupiego, stereotypowego myślenia, ale dzięki temu tym bardziej cenię sobie książkę Anny Ikedy, bo ukazała mi Japonię z zupełnie innej strony.
Na lekko ponad trzystu stronach (rany julek, czemu tak mało?!) autorka przedstawia swoje życie codzienne, jak chociażby pracę w szkole. Oraz swoje życie niecodzienne, a więc różne dziwne przypadki, które od czasu do czasu jej się przydarzają, czyli na ten przykład nocną wspinaczka na górę Nantai, pracę dla yakuzy albo… zostanie na kilka chwil pastorem posługującym się zresztą przepiękną łaciną. Oprócz tego podczas czytania wyłapiemy kilka faktów z historii Nikko, a więc prowincji w której autorce dane było zamieszkać, a swoją drogą pisze o nich tak pięknie, że mimo pewnego sarkazmu to tu to tam widać w tym ogromną miłość do miejsca w którym żyje. I znajdzie się tu też miejsce na opisanie kilku odmienności, których pewnie próżno szukać w innych miejscach, jak małpie czy kocie kawiarniorestauracje. Naprawdę, z miłą chęcią wypiłabym kawkę w takiej kociej. A będąc już przy kotach, wspomnień należy, że sama Ikeda wielką miłośniczką tych zwierząt jest, co sprawia, że polubiłam ją jako autorkę jeszcze bardziej.
Cała książka przepełniona jest mnóstwem pozytywnej energii bijącej właściwie z każdej pojedynczej strony oraz mnóstwem humoru, który nie raz doprowadził mnie do głośnego wybuchu śmiechu. Przez cały czas odnosiłam wrażenie, że autorka jest tak optymistycznie nastawiona do świata i życia, że aż chciałoby się zamienić z nią choć kilka zdań na żywo. W dodatku Ikeda posiada niesamowitą lekkość pióra, powiem szczerze, momentami zastanawiałam się czy to przypadkiem nie zasługa dobrego redaktora albo czy to na pewno debiut autorki, bo ciężko mi było w to uwierzyć. Jeśli to w pełni jej zasługa i jeśli to faktycznie pierwsza książka to ja jej naprawdę szczerze zazdroszczę, bo bardzo chciałabym tak pisać.
Życie jak w Tochigi czytało mi się tak dobrze, tak byłam nim zafascynowana, że nawet nie potrzebowałam tłumaczeń japońskich wstawek, zresztą albo autorka od razu je wyjaśniała albo wynikały one z kontekstu w związku z czym dopiero przy końcu zorientowałam się, że dosłownie na ostatnich stronach znajduje się słowniczek. Jedynym minusem (minusikiem dosłownie) był dla mnie brak podpisów pod zdjęciami, nie zawsze można było wyłapać z treści co jest akurat na nich ukazane. Ale w obliczu całej reszty na tę maleńką wadę przymykam oko, a książkę polecam. Polecam z całego serca!
Anna Ikeda, Życie jak w Tochigi. Na japońskiej prowincji, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B., Poradnia Ka 2012.
***
Ps. Znalazłam bloga Anny Ikedy, o tu! Tak więc sama wrzucam go sobie w googlowski czytnik i dobrze Wam radzę uczynić to samo, no! ;))