Co prawda spotkanie odbyło się już prawie miesiąc temu, ale ponoć lepiej późno niż wcale, a że autor wydał się ciekawą osobą, to chyba warto co nieco o nim napisać. To znaczy o spotkaniu, bo autora przecież na tyle nie poznałam.

Wypadałoby chyba zacząć od tego, że Springer okazał się pisarzem bardzo skromnym, co mówiąc szczerze, rozłożyło mnie totalnie na łopatki, bo przy ilości nagród, do których nominowany jest jego debiut (!) musi być przecież chwalony co chwilę, a wyszło na to, że wcale tego nie lubi i delikatnie starał się hamować wszelkie pochwały płynące ze strony prowadzącej spotkanie bibliotekarki.

Główną oś rozmowy stanowiła oczywiście Miedzianka. Autor poopowiadał nam więc o tym jak to się stało, że Miedzianka zniknęła, co się stało z ludźmi, którzy tam mieszkali i jak chętni okazywali się, gdy chciał z nimi o tym miejscu porozmawiać. Okazało się bowiem, że ci, którzy pamiętają miasteczko ze swojego dzieciństwa czy wczesnej młodości wspominają je z wielką radością.

Autor mówił o tym, że bardzo nie lubi być pytany o to, dlaczego w ogóle napisał tę książkę. Dlaczego? Ano dlatego, że gdy trafił do tej Miedzianki, za sprawą starej pocztówki zresztą, i stanął na tej cholernej (jak sam ją określa) łące to nic zupełnie nie poczuł, żadnego żalu za zniszczonym miejscem, za miejscem, które zniknęło. Zwyczajna pustka.

Springer przyznał się też do tego, że bardzo ciężko było mu się przestawić na napisanie tekstu dłuższego niż 20 tysięcy znaków, w końcu od lat pisał reportaże wyłącznie dla gazet.

Zapytany o to czy warsztaty reportażu cokolwiek mogą uczestników nauczyć, właściwie bez wahania odpowiedział, że nie. Że pisania człowiek uczy się właściwie cały czas, a dwa czy trzy dni nie mogą mu dać więcej niż jakąś niewielką podstawę, punkt zaczepienia. On sam zresztą uczył się pisać w zasadzie sam, dużo czytając. 

Generalnie spotkanie zaliczam do udanych. Nawet gdybym wcześniej nie zamierzała sięgnąć po książkę, to po nim z całą pewnością bym się na to zdecydowała. I tylko smutno mi strasznie, że tak mało osób znalazło czas na to, by spędzić z nami tę godzinkę.

I tu wielkie podziękowania ślę w stronę Eireann, za to, że zdecydowała się iść tam ze mną :).

***

Muszę zniknąć, przynajmniej na jakiś czas, bo zbyt dużo nerwów tracę na to, co się od jakiegoś czasu w blogosferze wyprawia. Pewnie wrócę, nie wiem czy potrafię żyć bez tego miejsca, ale ostrzegam na wszelki wypadek. W razie czego można się ze mną kontaktować poprzez e-mail.

A 20 czerwca macie trzymać za mnie kciuki, mocno, mocno i słać pozytywne fluidy, bo wtedy nastąpi moje ostateczne (mam nadzieję) starcie ze studiami licencjackimi, no! 😉