
Właściwie nie wiem co mnie podkusiło, by sięgnąć po tę książkę. Ale gdy o niej usłyszałam czytałam akurat Motyla i ten Defekt pamięci, choć ujęty pod całkiem innym kątem, choć zupełnie różny od choroby Alzheimera, wydał mi się nad wyraz ciekawy. Co prawda, nie dostałam dokładnie tego czego się spodziewałam, ale to może nawet i lepiej, bo dzięki temu było jeszcze bardziej interesująco.
Kool Autobee podczas remontu znajduje stare wypracowanie, które sprawiło, że znienawidził czytać i pisać. Wraca myślami do tego wydarzenia, ale szybko o nim zapomina, a ową kartką zapycha rurę. Problem pojawia się, gdy wypracowanie zwyczajnie znika, a zamiast niego na nocnym stoliku naszego bohatera pojawia się wiadomość o tym, że każdego dnia powinien zapisać przynajmniej dwie strony tekstu. Początkowo robi to, co zrobiłby każdy z nas, ignoruje tę dziwną wiadomość. Niestety, z dnia na dzień dowiaduje się o coraz gorszych wypadkach, a to gdzieś zawalił się wiadukt, a to zginęło kilka osób. Zaczyna się zastanawiać czy to nie jest przypadkiem jego wina i… dostosowuje się do wskazówek pozostawianych na tajemniczych karteczkach.
Dawno nie czytałam tak pokręconej książki. Tak oryginalnej, szalonej, nieprzewidywalnej. Cokolwiek by na jej temat napisać, nie można autorowi odmówić jednego: przeogromnej wyobraźni.
Nie podobały mi się te wtręty dotyczące BN82. Wiem, że w jakiś sposób były istotne dla całości fabuły, a jednak myślę, że można by to było rozegrać odrobinę inaczej. Prawda jest też taka, że mimo niewielkiej objętości, zbliżając się do końcówki, poczułam odrobinę zmęczenia. Ja jestem spokojnym człowiekiem, dla mnie wszystko musi być w miarę spójne i logiczne i po prostu przyszedł czas, kiedy przestałam nadążać za tokiem myślenia autora i jego szalonymi pomysłami. A pomysłów ma bez liku, nie mam nadal pojęcia jak to zmieścił na stu pięćdziesięciu stronach. W każdym razie czytałam do końca, bo wiedziałam, że na koniec Bielecki na pewno zostawił coś wyjątkowego i nie myliłam się, faktycznie zakończenie może zaskoczyć, zmienić całkiem naszą wizję i sprawić, że zaczniemy wszystkie wydarzenia analizować pod zupełnie innym kątem.
Nie wiem czy słusznie, o to trzeba byłoby podpytać autora, ale dostrzegam tu też pewne inspiracje Podziemnym kręgiem. Nawet nie pewne, bo w naprawdę wielu momentach na myśl przychodziła mi właśnie ta książka. I takie porównania, jakoby Piszący i ich ruch oporu odzwierciedlali Fight Club, Kool Autobee jego założyciela, Motywatory ten ich regulamin, no i w dodatku gdzieś tam się jeszcze pojawił motyw zniszczenia własnego mieszkania. Może ktoś z czytających miał podobne wrażenia, a może to tylko ja próbuję sobie dorabiać coś na siłę…
Co by nie pisać, Defekt pamięci z pewnością nie jest książką dla każdego. Niektórych zmęczy pokręconą fabułą, innych zniechęci absurdalnością widoczną od pierwszych stron, ale jeśli ktoś lubi taką niekonwencjonalność i dobrze czuje się w tych klimatach, to ja tę książkę serdecznie polecam. Z całą pewnością otrzymacie coś zupełnie innego od tego, do czego zdążyliście się przyzwyczaić.
Krzysztof Bielecki, Defekt pamięci, Warszawa 2012.
Książka wydana własnym nakładem poprzez działalność w ramach Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości.