
Dużo już było o tej książce, ale i ja pozwolę sobie dołożyć swoje trzy grosze. Choć jak to grosze, nie będą się zbyt wiele różnić od innych. Motyl bowiem okazał się, zgodnie z oczekiwaniami, książką bardzo dobrą, choć odrobinę jednak kulejącą na poziomie emocji.
Alice Howland to pięćdziesięcioletnia kobieta, stojąca właściwie u szczytu kariery i wykonująca swoją pracę oraz powierzone jej zadania najlepiej jak potrafi. Aż do czasu. Oto bowiem w jej życie wkrada się odrobina chaosu. Nagle zaczyna gubić wątki podczas prowadzenia wykładów, zapomina przepisów, z których korzysta niemal od zawsze, a punkty umieszczone na listach rzeczy do zrobienia tracą dla niej znaczenie, bo nie bardzo wie, co mogłyby oznaczać. Początkowo zwala to wszystko na stres, zmęczenie i menopauzę. Nie widząc jednak poprawy, postanawia wybrać się do lekarza, który przedstawia jednoznaczną diagnozę: Alzheimer o wczesnym początku.
Lisa Genova świetnie przedstawiła postać Alice. No właśnie. Niby świetnie, ale jakby czegoś mi tu zabrakło. Doskonale widać zagubienie bohaterki, widać jej strach, jej niepewność co do przyszłości, to wszystko się niby czuje, a jednak nie tak do końca. Nie potrafiłam wejść całkowicie w jej głowę, z drugiej strony może trochę się bałam. Nie mniej jednak, dla mnie ta straszna, straszliwa choroba, jest czymś co może człowieka zupełnie załamać, myślałam, że będę płakać podczas lektury jak dziecko, zwłaszcza, że ja w ogóle straszna płaczka książkowo-filmowa jestem, a jakby średnio mnie to ruszyło. Pomijając może kilka scen, w których faktycznie stanęły mi łzy w oczach, ale ich było naprawdę niewiele.
Nieważne. W każdym razie i tak za wielką zaletę uważam sam fakt, że autorka stanęła po tej drugiej stronie. Że postarała się oddać to, co siedzi w głowie człowieka, który dzień po dniu, zaczyna tracić wszystko. Człowieka, który zapomina o najważniejszych rzeczach, o swoich pasjach, marzeniach, planach, o swoich najbliższych. Owszem, kojarzę zarówno książki, jak i filmy, w których problem Alzheimera się pojawia, ale na ogół jest on tylko pewnym dodatkiem do fabuły, a jeśli już stanowi główny temat to przedstawiony zostaje z punktu widzenia opiekuna.
Inna sprawa, że i u Genovy zainteresowali mnie niezmiernie właśnie opiekunowie. Te postacie stojące gdzieś na uboczu, na drugim planie i ich postawy prezentowane w zderzeniu z tak straszną chorobą. Myślę, że na uwagę zasługują zwłaszcza John, mąż Alicii oraz Lydia, jej najmłodsza córka. Ten pierwszy niedopuszczający do siebie myśli o tym, co spotyka jego żonę, niepotrafiący pogodzić się z tym, że powoli zaczyna ją bezpowrotnie tracić, rzucający się w wir pracy, próbujący właściwie cały czas odwracać głowę od problemu i zachowywać się tak, jakby nic się nie zmieniło. I ta druga, która mimo wszystkich nieporozumień jakie między nimi były, mimo tego, że Alicii nigdy nie podobały się jej życiowe wybory, mimo wiecznego niezadowolenia, nawiązuje z matką najbliższą więź, wspiera ją we wszystkim i stara się pomóc najlepiej jak potrafi. Szczerze, zafascynowało mnie to jak zaczęły niemalże odkrywać się na nowo, dopiero poznawać, w ogóle rozmawiać ze sobą.
Trafiłam też w książce na fragment, który wyjątkowo mną wstrząsnął. Taki, który bardziej niż inne zmusił do myślenia. Chodzi mi o scenę, w której Alice zastanawia się nad tym czy nie wolałaby przypadkiem mieć raka.
Podsumowując, książka Genovy to ważna książka, poruszająca ciężki temat, a jednak napisana z ogromną lekkością. Taką, która sprawia, że czytamy ją prawie niezauważalnie, z ciekawością przewracając kolejne strony, jakbyśmy czytali o czymś zupełnie innym. A jednocześnie sprawia, że robimy te kilka przystanków w momentach, które tego wymagają. W momentach, które sprawiają, że na chwilę przestajemy czytać, odkładamy książkę, łapiemy oddech i zastanawiamy się nad życiem swoim i swoich bliskich.
Lisa Genova, Motyl, Słupsk, Papierowy Księżyc 2011.