Narzekam wciąż na wieczny niedobór spotkań autorskich w moim mieście. Narzekam tym bardziej, że Wrocław w końcu wielkim miastem jest, uznanym skądinąd za stolicę kultury, a to chyba też powinno do czegoś zobowiązywać. Ostatni czas jednak okazał się obfity w różne wydarzenia kulturalne, a ja na jakiś przynajmniej czas czuję się w pełni zaspokojona, choć nie udało mi się uczestniczyć we wszystkim co sobie zaplanowałam.

[Zdjęcie pochodzi z fanpage’a MFK]

Pierwsze ze spotkań, w którym miałam okazję uczestniczyć odbyło się jeszcze w listopadzie w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału, a było to spotkanie z… Robertem Makłowiczem. Wyobrażam sobie Wasze miny, moja wyglądała tak samo, gdy zastanawiałam się co Makłowicz mógłby robić na spotkaniu poświęconym kryminałom. Odpowiedź jest prosta: gotować! O ludzie, jakie tam się rozchodziły zapachy… A jedną z dwóch potraw miałam nawet okazję spróbować i choć nie lubię (a przynajmniej tak myślałam) owoców morza to wierzcie mi risotto nero di sepia okazało się pyszne ;). Oczywiście związek z kryminałem też był, całkiem oczywisty, otóż Makłowicz przygotował dla nas potrawy jadane przez komisarza Salvo Montalbano, z powieści Camilleriego. W międzyczasie znany kucharz raczył nas również opowieściami o swych podróżach, potrawach poznawanych tu i tam oraz czytanych i lubianych kryminałach, a nawet o tym pierwszym kryminale jaki wpadł w jego ręce, gdy miał zaledwie 6 lat. Prócz pięknych zapachów, ciekawych opowieści nie obyło się również bez ogromnej dawki szczerego śmiechu.

Kolejne trzy spotkania zostały zorganizowane w ramach Wrocławskich Promocji Dobrych Książek. Dwa z nich to te z finalistami Nagrody Angelus: Wojciechem Tochmanem i Swietłaną Aleksijewicz, skupione głównie wokół nominowanych książek.

[Zdjęcie pochodzi z portalu culture.pl]

Wojciech Tochman opowiedział więc nam o Dzisiaj narysujemy śmierć i o tym po co w ogóle pisać o ludobójstwie. Wyznał jak ciężko jest mu rozmawiać z oprawcami, jak zmieniło się jego podejście do świadków tych wydarzeń, a także do ludzi, którym te wydarzenia są właściwie obojętne, bo nie chcą wcale o nich wiedzieć, nie sięgają po książki, przełączają program. Kiedyś miał to ludziom za złe, teraz twierdzi, że mają do tego przecież pełne prawo. Mówił również o obciążeniach psychicznych, na jakie jest narażony pisząc o wojnach, twierdząc jednocześnie, że fakt, że poświęca się rzeczom naprawdę ważnym w jakiś sposób mu to jednak rekompensuje. Wyznał też słuchaczom w jaki sposób pracuje nad każdą książką oraz że… zazdrości Szczygłowi jego umiejętności i tego, że nawet o trudnych rzeczach ten potrafi pisać w sposób może nie tyle zabawny, co jednak dość przyjemny. Tak, że chce się to czytać. A ja wtedy pomyślałam: któż nie zazdrości Szczygłowi? 😉

[Zdjęcie pochodzi ze strony klubkobiet.com.pl]

Swietłana Aleksijewicz, jak się wkrótce okazało, tegoroczna zwyciężczyni, uchyliła nam rąbka tajemnicy na temat kolejnych planowanych książek, o Czarnobylu czy wojnie widzianej tym razem oczyma dzieci. Wróciła zresztą myślami do własnego dzieciństwa, w którym brakowało jednak mężczyzn, w którym zaraz po wojnie dominowały kobiety, od których dowiadywała się wszystkiego o tym co się wydarzyło. Wspomniała też o pierwszej wstrząsającej dla niej historii, o kobiecie z jej wioski, do której ludzie mieli ogromny dystans, a która jak się okazało w czasie wojny utopiła swoje dzieci, bo nie widziała innego wyjścia. Opowiedziała nam o tym, że praca nad każdą książką zajmuje jej około 10 lat. Tyle czasu potrzebuje na to, żeby porozmawiać z kilkoma setkami ludzi, żeby zdobyć w jakiś sposób ich zaufanie, żeby zechcieli w ogóle z nią rozmawiać, bo jak się okazuje, ludzie zaczynają zamykać się we własnej skorupie, gdy na jaw wychodzi, że Swietłana jest literatką. Na koniec pisarka udzieliła nam też małej rady na temat tego co zrobić, by być dobrym pisarzem. I wiecie co? To wcale nie wygląda na takie trudne, bo wystarczy być dobrym i ciekawym świata człowiekiem ;).

[Zdjęcie pochodzi ze strony Empiku]

Ostatnie ze spotkań, w jakich uczestniczyłam podczas trwania WPDK było to z Pauliną Wilk. Już nie finalistką Nagrody Angelusa, ale osobą, jak sądzę równie ciekawą, co jej poprzednicy. Jak łatwo się domyślić spotkanie krążyło wokół Indii, którymi autorka jest zafascynowana. Opowiedziała nam też troszkę o dziewczynce, która znalazła się na okładce jej książki, o sytuacji indyjskich kobiet i o tym, że jako turyści powinniśmy się wyzbyć wiecznej chęci niesienia pomocy, którą odczuwamy, gdy widzimy co się dzieje na indyjskich ulicach. Podkreśliła, że Indie są wbrew pozorom tak uporządkowanym światem,  że powinniśmy z pokorą przyjmować to co nam dają, to co nam pokazują, nie próbując w żaden sposób w ten świat ingerować.

[Zdjęcie pochodzi ze strony facet.interia.pl]

Bałam się, że na ostatnie ze spotkań nie dam rady dojechać, a jednak się udało. Tak więc wczoraj miałam okazję wziąć udział w spotkaniu z Anną Dziewit-Meller i Marcinem Mellerem, poświęconym ich książce Gaumardżos. A właściwie nawet nie tyle książce, ile samej Gruzji i Gruzinom, o których autorzy opowiadali w taki sposób, że jestem zauroczona tym krajem, jego kulturą i obyczajom w nim panującym. W ogóle mój M. stwierdził, że siedziałam wpatrzona w Mellerów jak w bogów, chłonąc dokładnie każde słowo… i w gruncie rzeczy, choć nie zdawałam sobie z tego sprawy, ciężko mi się z nim nie zgodzić. Ale co mogłam zrobić, gdy mówili tak ciekawie, zajmująco, a przy tym dowcipnie? Nie dało się inaczej! Słuchałam więc urzeczona, ani przez chwilę się nie nudząc i nie odczuwając upływającego czasu. A ze spotkania wyszłam naładowana mnóstwem pozytywnej energii i przekonaniem, że jeśli kiedyś będę miała taką możliwość to chętnie posłucham ich raz jeszcze, choćby mieli mówić dokładnie o tym samym.