
Czym można sobie zasłużyć na buziaka od najładniejszej dziewczynki z klasy? Co zrobić, by spełnić własne marzenie? Och, nic takiego, wystarczy podarować ukochanej księżyc.
Kolejna książka ubiegłorocznego Noblisty jest króciutkim utworem. To zaledwie czterdzieści stron, z których co druga przedstawia tylko ilustrację, a ta na której jest tekst to w porywach dziesięć linijek zapisanych dość sporą czcionką. Czy warto ją przeczytać? Warto. Zwłaszcza, że nie zajmie nam ona więcej niż dziesięć minut, więc na dobrą sprawę możemy przystanąć w księgarni i przeczytać ją jeszcze tam.
To bardzo przyjemna historyjka, taka ciepła, taka dzięki której mimowolnie się uśmiechamy, taka która wprowadza w nasze szare życie trochę kolorów. Przy tym ma piękną oprawę graficzną, zdjęcia zdobiące każdą ze stron niewątpliwie przyciągają wzrok. Szkoda tylko, że jest taka króciutka, ale jeśli spojrzeć na nią przez pryzmat odbiorców docelowych, a jest to w końcu książka kierowana do najmłodszych, to zdaje się, że taka objętość w zupełności wystarczy.
Wszystkie pozytywne wrażenia psuje mi częściowo cena książki. Jest ona w pewien sposób uzasadniona, w końcu twarda oprawa, kredowy papier, ilustracje… to wszystko kosztuje. Ja jednak, jeśli mam być szczera, nie wydałabym trzydziestu złotych za zaledwie kilkanaście (może ze dwadzieścia?) zdań.
Choć jeśli miałabym tę powiastkę podarować bliskiej mi osobie, a nie pozostawić tylko dla siebie, to chyba faktycznie byłaby tego warta…
Mario Vargas Llosa, Fonsito i księżyc, Kraków, Wydawnictwo Znak 2011.