Dawno już nie byłam aż tak rozdarta po zamknięciu jakiejkolwiek książki. Dawno nie miałam wątpliwości co do moich odczuć. Podobało mi się czy nie… Nie wiem. Po prostu nie wiem, bo Prosektorium mogłoby być książka rewelacyjną, wybijającą się z tłumu. To mogłaby być powieść, którą polecałabym bez zawahania, ale nią nie jest. I ja strasznie nad tym ubolewam.
Natasza Woronowa to młoda dziewczyna uciekająca przed swą przeszłością, której szczegółów nie dane nam będzie poznać, jeśli nie doczytamy powieści do ostatniej strony. To modelka o niezwykłej urodzie, która pod wpływem dziwnego impulsu zgłasza się do pracy w prosektorium, gdzie jak się wkrótce okazuje szuka równocześnie schronienia przed całym światem. Niedługo też otrzymuje propozycję pracy na pełny etat w szpitalu, na którą bez namysłu się zgadza. W końcu im więcej człowiek ma zajęć, tym mniej czasu na siedzenie, myślenie i niepotrzebne użalanie się nad własnym losem.
Akcja jest wciągająca, styl autorki bardzo mi sę spodobał, a pomysł na fabułę wydaje się fenomenalny. Przynajmniej się wydaje, bo gdy już się zagłębimy w lekturę okazuje się, że może połączenie świata szpitalnego, ludzi chorych i zmęczonych życiem, ze słodkim i głupiutkim życiem modelek nie wypada aż tak dobrze. Dlatego za wielki plus uważam wprowadzenie do powieści postaci Karoliny, modelki, która w swojej jednej osobie właściwie łączy oba te światy. Zastanawiam się czy to nie jej historia właśnie wybija się na pierwszy plan. Zmaganie się z własnymi słabościami, walka z demonami przeszłości, ucieczka w świat pełen kolorów i radości. Drugą z doskonale zarysowanych postaci okazał się Mirosław Sokół, współpracownik Nataszy, który będąc osobąą zupełnie odmienną niż głupiutka Karolina okazuje się do niej zadziwiająco podobny.
Tak więc bohaterów kreowanych przez Paluchowską-Świecką oceniam jak najbardziej na plus. Nie tylko te dwie, właściwie całość postaci poza jedną jedyną, której mądrości zaczęły w pewnym momencie doprowadzać mnie do szału. I szkoda, że autorka na taką osobę się zdecydowała, szkoda, że wsadziła w usta Hasmika, sprzedawcy herbaty, tak wiele mądrości, że aż się robi mdło. Filozoficzne rozważania o życiu w małych ilościach jeszcze jestem w stanie przeżyć, ale przy takiej ilości dodając do tego rozmowy o Bogu, religii i tym co ten na górze dla nas przygotował zaczynają mnie przerastać.
Inna sprawa, że aż śmiesznie było stawianie przy sensie życia rzeczy tak błahych jak odwieczny problem kobiet typu nie mam się w co ubrać, chodźmy na zakupy. I to właśnie mój kolejny zarzut. Totalny przesyt. Mam wrażenie, że autorka chciała zbyt wiele zmieścić na tych trzystu stronach. Lepiej by to wypadło, gdyby rozłożyć wszystkie kwestie przez nią poruszane (homoseksualizm, związki międzyludzkie, śmierć, radość z życia, problemy psychiczne, seksualność, istnienie Boga, przyjaźń, radzenie sobie z własnymi emocjami itp. itd.) rozłożyć na przynajmniej dwie książki. Owszem, czasem takie nagromadzenie wielu problemów wypada w literaturze bardzo korzystnie. Tutaj to po prostu nie wyszło, bo mam wrażenie, że choć autorka dużo chciała czytelnikowi przekazać to nie bardzo wiedziała jak to zrobić.
No tak, czepialstwo czepialstwem, ale prawda jest taka, że jednak jestem bardziej na tak. Wciągnęłam się, zaczytałam, uśmiechnęłam, a nawet wzruszyłam. Szkoda tylko, że zamiast lećcie w te pędy do księgarni, bo to prawdziwa perełka! mogę tylko napisać jeśli będziecie mieli okazję – sięgnijcie.
Olga Paluchowska-Święcka, Prosektorium, Warszawa, Prószyński i S-ka 2011.