Zastanawiam się gdzie się to małe dziecko, które zawsze we mnie siedzi i zachwyca się tego typu książkami. Urlop jakiś wzięło czy co? Wielka szkoda, może jemu Córka Laguny by się spodobała. Baśniowy klimat, tajemnicze nadprzyrodzone stwory, dwójka młodych bohaterów, od których zależy życie całego miasta i jego mieszkańców. Ta książka ma wszelkie zadatki na bardzo dobrą powieść, naprawdę… Tylko ze mnie się ostatnio zrobiła jakaś stara, zrzędliwa ciotka, której ciężko dogodzić.
Teodora, mała neapolitana, przybywa wraz z przybranymi rodzicami do Wenecji, miejsca w którym od zawsze chciała się znaleźć. Niestety od początku jej pobytu w mieście zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Coraz więcej dzieci trafia do szpitala, coraz więcej z nich umiera, wody otaczające miasteczko gwałtownie wzbierają, a ich temperatura wciąż wzrasta. I jak łatwo się domyślić ocalenie miasta przed całkowita zagładą stanie się głównym zadaniem Teo.
Chciałabym napisać co innego, ale niestety… wymęczyłam się. Czytałam tę książkę przez miesiąc z hakiem. Zupełnie nie mogłam się wciągnąć. Najpierw męczył mnie styl, potem męczyły mnie wypowiedzi syren, w których prawie każde słowo zaczynało się od dużej litery. Następnie przeraziła mnie ilość postaci: cherubiny, syreny, latające koty i lwy, karły, duchy, wilkołaki, piraci, Węgorze Wampiry, elfy, nereidy… Ludzie, ja rozumiem, baśnie – baśniami, ale odrobina umiaru naprawdę czasem się przydaje. A przy takiej mnogości człowiek może się w końcu po prostu pogubić. I tak było w moim przypadku, bo w pewnej chwili doszłam do wniosku, że już nie wiem kto po czyjej stronie stoi.
Potem zaczęło mnie denerwować to, że cała akcja rozkręca się niemiłosiernie długo. Myślałam, że jeśli już nie od pierwszej strony, to może chociaż od pięćdziesiątej, setnej, dwusetnej, trzysetnej… no że w końcu wszystko zrobi się piękne, ładne. Że w końcu porwie mnie ten świat XIX-wiecznej Wenecji, że zachwycę się jej obrazem, nawet tym trochę podniszczonym. Przede wszystkim zaś miałam nadzieję, że Theo i Renzo zafundują mi w końcu prawdziwą jazdę bez trzymanki. Niestety wszystko mi się po prostu ciągnęło i przedłużało, a końca nie było widać. Nawet opis bitwy wydał mi się jakiś taki strasznie drętwy.
I wtedy pomyślałam sobie o tym, jak trafnych wskazówek używa autorka i jak bardzo szkoda, że sama nie potrafi się do nich stosować… Zapamiętaj sobie raz na zawsze, mniej słów to więcej treści.*
Recenzja napisana dla portalu LubimyCzytać.pl
Ocena: 2,5/6
Michelle Lovric, Córka Laguny, Warszawa, Wydawnictwo Jaguar 2010.
*s. 264