Swego czasu dużo dobrego słyszałam na temat powieści Ahern, zwłaszcza po zdobyciu rozgłosu przez PS. Kocham Cię. Wiele kobiet mówiło o tym jak ciepłe są jej powieści, jak chwytają za serce. Po przeczytaniu Podarunku mogłam się pod tym podpisać rękami i nogami, po skończeniu Na końcu tęczy dochodzę do wniosku, że autorka powoli zdobywa kolejną fankę. I cieszę się, że mam na półce jeszcze kilka jej książek.
Alex i Rosie mogliby być parą idealną. Znają się od kiedy tylko wyszli z pieluch, a właściwie może znali się jeszcze wcześniej, tyle że tam już pamięć nie sięga. Spędzili wspólnie (prawie) wszystkie lata szkolne, rozrabiając i doprowadzając nauczycieli do szału. Rodziców zresztą też, w końcu ile razy można być wzywanym z powodu niewłaściwego zachowania kochanego dziecka? Wiedzą o sobie wszystko, znają swoje najskrytsze pragnienia. W dodatku są w sobie zakochani do szaleństwa. Ale kto by tam ryzykował utratę najlepszego przyjaciela, tylko po to, by ujawniać własne uczucia?
Tak więc parą nie zostają. Alex kończąc 18 lat zmuszony jest do wyjazdu z kraju, Rosie przez własną głupotę i nieostrożność zachodzi w ciążę. I wydawałoby się, że ich historia właśnie się kończy. Nieprawda… Ona dopiero się zaczyna.
(…)Ty zasługujesz na d u ż o więcej – na kogoś, kto będzie Cię kochał w każdej sekundzie Twojego życia, kto będzie myślał o Tobie nieustannie, zastanawiając się, co w tej chwili robisz, gdzie jesteś, z kim jesteś i czy czujesz się dobrze. Potrzebujesz kogoś, kto pomoże Ci spełnić marzenia i kto ochroni Cię przed tym, czego się obawiasz. Powinnaś mieć u swego boku kogoś, kto będzie traktował Cię z szacunkiem i kochał w Tobie wszystko, a z w ł a s z c z a Twoje wady.*
Cała książka składa się z e-maili, listów, sms-ów czy okolicznościowych kartek wymienianych nie tylko między Aleksem i Rosie, ale także ich rodzinami i osobami z najbliższego otoczenia. Nie ma tu więc zbędnych opisów, a wydarzenia pokazane są z różnych perspektyw. Co prawda, taka forma dopuszcza pozostawianie wielu niedopowiedzeń, ale jak się okazuje, to tylko dodaje całościpewnego smaczku.
Bardzo podobało mi się pokazanie przez Ahern problemu przedwczesnego macierzyństwa. Tego jak ciężko jest osiemnastoletniej dziewczynie poradzić sobie z zaistniałą sytuacją. Jak ciężko w ogóle kobiecie wychowywać dziecko w samotności. Dobrze, że postanowiła nie skupiać się tylko na blaskach, ale pokazała też wszystkie cienie. Jak wielkie musi być zmęczenie, żal za tym co można było mieć, kim można było się stać, tęsknota za tym wszystkim co się straciło, a co rówieśnicy wydają się przeżywać podwójnie. Posiadanie dziecka to niewątpliwie wielkie błogosławieństwo, ale na pewno nie w momencie, gdy sami nie czujemy się jeszcze w pełni dorośli. I nie wtedy gdy nie jest to w pełni świadoma decyzja, a już na sto procent, nie w sytuacji, gdy ojcem dziecka staje się zupełnie przypadkowy mężczyzna, za którym w dodatku nigdy się nie przepadało.
Autorka zwraca też uwagę na bardzo prawdziwą, ale też bardzo bolesną rzecz. Udowadnia, że nasze życie nie zawsze układa się tak jakbyśmy tego pragnęli. Ciągłe spoglądanie na innych, zaspokajanie ich potrzeb i uciszanie własnych, mnóstwo czasem zupełnie świadomie traconych szans to przecież rzeczy, które każdemu z nas towarzyszą na codzień.
Na końcu tęczy to słodko-gorzka powieść. Doprowadzająca do niekontrolowanych wybuchów śmiechu, pełna zwykłego, ludzkiego ciepła, zwracająca uwagę na co ważne, opisująca wydarzenia zachodzące w życiu każdego człowieka. Od narodzin, przez całe życie aż do śmierci. Często wywołująca też łzy. I to nie tylko łzy wzruszenia, ale też łzy tęsknoty za szansami, które samemu się gdzieś tam po drodze straciło.
Wrażliwców (takich jak ja) ostrzegam przez wieloma błędami ortograficznymi, pojawiającymi się tak często, że mogłyby doprowadzić do szału, gdyby były winą niedbałej korekty. Ale nie są, bo to wszystko zabieg zamierzony. W końcu co najmniej dziwne byłoby gdyby siedmioletnie dziecko pisało całkiem poprawnie.
Ocena: 5,5/6
Cecelia Ahern, Na końcu tęczy, Warszawa, Świat Książki 2006.
* Tamże, s. 448-449.