Pierwszą książką Beaty Pawlikowskiej którą przeczytałam była Blondynka śpiewa w Ukajali. Czytana krótko po książce Cejrowskiego wypadała co najmniej blado. Cóż, jeśli chodzi o ten niepowtarzalny, gawędziarski styl, ciężko mu dorównać. Denerwowałam się wtedy strasznie, że autorka próbuje pisać z humorem, a zamiast tego wychodzi jej to wszystko mdło, sztucznie i na siłę. W dodatku miałam wrażenie, że nic tylko narzeka, a to na upał, a to na wilgoć, a to na owady. Piszę o tym wszystkim dlatego, że zastanawiam się teraz, czy to jej styl się polepszył, czy może moje podejście do jej książek się zmieniło.

Sięgając po Blondynkę w Indiach obawiałam się trochę, że znów postawię Pawlikowskiej te same zarzuty. Jednak nie, tym razem uśmiech miałam przylepiony do twarzy, kilka razy parsknęłam śmiechem, a książeczkę przeczytałam błyskawicznie, nie tylko ze względu na niewielką objętość, ale i sposób pisania, od którego, jak się okazało, jednak ciężko się oderwać.

Indie zawsze kojarzyły mi się w feerią barw, królestwem intensywnych smaków i zapachów. I to by się zgadzało. Nie zgadza się natomiast temperatura, która wbrew pozorom niekoniecznie jest tak wysoka jak zawsze to sobie wyobrażałam. 

Wielkim problemem w Indiach, nie dla tubylców rzecz jasna, ale dla przyjezdnych, staje się przejście na drugą stronę ulicy. Ruch drogowy pozbawiony żadnych zasad, oprócz tej, że pierwszeństwo ma ten, który jest większy i silniejszy, sprawia, że pokonanie nawet kilku metrów zdaje się graniczyć z cudem. Chyba, że jest się na tyle odważnym, by lawirować bez zawahania między rozpędzonymi samochodami.

W swoim mini-dzienniku, jak go nazwałam, Pawlikowska przedstawia nam krótką historię Taj Mahal, mauzoleum powstałego w wyniku wielkiej miłości i opowiada o wrażeniach z pobytu w Świątyni Szczurów, do której raczej nie odważyłabym się wejść. Zabiera nas też na teren indyjskiej pustyni, gdzie zmierzyć jej się przyszło ze stadem dzikich wielbłądów oraz do jednej z najmniejszych osad jakie dane jej było zobaczyć, gdzie mimo trudności związanych ze zdobyciem wody, tubylcy bez wahania poczęstowali ją herbatą.

Książka łatwa i przyjemna, napisana z przymrużeniem oka, uzupełniona mnóstwem zdjęć, które oglądam wciąż i wciąż, a do tego sprzedawana w przystępnej cenie. Czegóż chcieć więcej?

Ocena: 4,5/6

Beata Pawlikowska, Blondynka w Indiach, Warszawa, National Geographic 2011.