Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny to ekranizacja powieści Thomasa Manna o tym samym tytule. Pierwowzoru nie czytałam, już kiedyś wspominałam chyba, że z klasyką mi jakoś nie po drodze, a jeśli już sięgam to są to wyjątki, więc obejdzie się bez porównań. Mogę tylko napisać, że po obejrzeniu filmu bynajmniej nie nabrałam ochoty sięgnięcia po to literackie dzieło.
Cała akcja filmu skupiona jest wokół rodziny Buddenbrooków i ich losów jako rodziny kupieckiej. Pokazano więc bardzo dokładnie realia handlu w dziewiętnastowiecznej Lubece, korzyści płynące z uprawiania wówczas tej profesji oraz konsekwencje płynące zawarcia niekorzystnych transakcji.
W filmie, podejrzewam, że w książce również, skupiono się jednak głównie na trójce rodzeństwa, które choć wychowane według tych samych zasad różni się od siebie radykalnie. Mamy więc twardo stojącego na ziemi Thomasa (Mark Waschke), dla którego najważniejszą sprawą jest utrzymanie w ryzach rodzinnego majątku, Christiana (August Diehl) stanowiącego całkowite przeciwieństwo starszego brata, który za życiowy cel postawił sobie łamanie wszelkich panujących w jego rodzinie od lat, stawiającego zawsze na pierwszym miejscu rozrywkę. I Tony (Jessica Schwarz), która tylko za sprawą nazwiska pozbawiona została miłości i osobistego szczęścia w zamian otrzymując związki małżeńskie zawierane na zasadzie kolejnej dobrej inwestycji.
Choć film miał potencjał uważam, że nie został on do końca wykorzystany. Zabrakło mi w nim emocji, a chwilami było po prostu nudno. I choć zdaję sobie sprawę, że tak wielką objętościowo powieść na pewno ciężko jest zamknąć w czasie dozwolonym na film to jednak były momenty, które można było pominąć, a film zamiast stracić na pewno by na tym zyskał.
Na wielki plus za to zasługuje z pewnością cała scenografia, piękne zdjęcia, piękne kostiumy. Pozytywnie wypada również ścieżka dźwiękowa do filmu. Na plus zaliczam także grę Augusta Diehla, mam wrażenie, że to właśnie on włożył w swoją postać najwięcej serca. Szkoda tylko, że te wszystkie plusy nie były w stanie przekonać mnie do produkcji.
Fanów ekranizacji kostiumowych z pewnością do Buddenbrooków zachęcać nie trzeba, zniechęcić też raczej będzie ich ciężko. Tym natomiast, którzy oglądają je, tak jak ja, tylko od czasu do czasu, dla dobrej rozrywki, odradziłabym ekranizację powieści Manna w zamian proponując na przykład Zakochaną Jane, która skradła me serce w całości. Ale o tym innym razem.
Ocena: 3/6