Dzień Wyboru to wydarzenie na które każda z sierot znajdujących się pod opieką barona Alarda czeka z wielką niecierpliwością i nadzieją w sercu. To dzień od którego wszystko zależy, kiedy dostaje się szansę na lepsze życie, na to by móc coś w życiu osiągnąć. Tyle, że jedyne co czuje Will na myśl o Wyborze to zdenerwowanie i niepewność. Nie posiada żadnych zdolności tak charakterystycznych dla członków funkcjonujących w obrębie królestwa szkół. Najgorsze zaś jest to, że nie jest na tyle wysoki i dobrze zbudowany, by nadać się do Szkoły Rycerskiej, o której marzy od dawna. Okazuje się jednak szybki, zwinny i potrafiący wtopić się w tło, jest więc idealnym wprost kandydatem na zwiadowcę. To znaczy na ucznia zwiadowcy, przynajmniej póki co.
Tymczasem, gdzieś w górach do kolejnego ataku szykuję się Morgarath, największy wróg królestwa, wraz ze swoim oddziałem wargalów.
Moim zdaniem Flanagan stanął na wysokości zadania, dzięki czemu powstała nie tylko świetna przygodówka z domieszką fantastyki, ale także powieść o dorastaniu, przyjaźni i poświęceniu. Umieścił napięcie dokładnie tam, gdzie powinno się ono znaleźć, stworzył fascynujących bohaterów, których darzymy sympatią (lub antypatią, ale to rzadziej) już od pierwszych stron. Przy czym moim zdecydowanym faworytem stał się oczywiście Halt, nauczyciel Willa, dla którego uśmiech jest absolutną rzadkością, a jedyna pochwała z jego ust, na którą można ewentualnie liczyć to nieźle. Ciężko jest żyć z takim mistrzem, tym ciężej gdy wymaga on wykonywania wszystkich domowych czynności, ale przecież do wszystkiego można się przyzwyczaić, tym bardziej gdy przed oczami ciągle ma się wizję strzelania z łuku i tropienia nieprzyjaciół. Halt za to mimo dziwnego uosobienia wzbudza naprawdę same ciepłe uczucia.
Wyjątkowo miłym zaskoczeniem było dla mnie to, że książka nie skończyła się w jednym z kluczowych momentów, co ostatnio w przypadku serii doprowadza mnie do szewskiej pasji. Nie, tutaj wszystko ładnie zostało powyjaśniane dzięki czemu czytelnik nie zostaje nagle z tysiącem pytań i gorączkowym poszukiwaniem kolejnego tomu. Mało tego, powiem nawet, że tom kończy się w takim momencie, że jeśli komuś styl Flanagana zupełnie nie podszedł to nawet nie musi sięgać po kolejną część, nie będzie takiej potrzeby. Tyle, że mi się spodobało, nawet bardzo, a i do bohaterów się przywiązałam, zwłaszcza do tego ponuraka Halta, dlatego bardzo chętnie przeczytam kolejne części, niech tylko biblioteka się w nie zaopatrzy.
Ocena: 5/6
John Flanagan, Zwiadowcy: Ruiny Gorlanu, Gdańsk, Wydawnictwo Jaguar, 2009.