Całkiem beztrosko zaczyna się opowieść afrykańskiego chłopca. Spotkanie rodziców, cudowna przemiana ojca, który z wiecznie podpitego awanturnika staje się wzorowym obywatelem. Wreszcie dzieciństwo Williama, tak radosne, że aż chciałoby się, żeby trwało bez końca. Do tego dochodzą całkiem nieźle rozwijające się rodzinne interesy, pierwszy przyjaciel w postaci Khamby – psa towarzyszącego Willowi w każdej niemal czynności, piękne krajobrazy, afrykańska mentalność, ta odrobina magii towarzysząca Afrykanom na co dzień. Po prostu żyć, nie umierać.

Jednak pojawia się także pierwsza skaza na tym idealnym obrazku. Pierwsza śmierć w rodzinie, a wraz z nią problemy związane z plantacją tytoniu dotąd tak dobrze prosperującą, przynoszącą tyle zysku. W 2000 r. natomiast w Malawi zaczynają się powodzie, wypłukujące cały konieczny roślinom nawóz, potem robi się jeszcze gorzej, gdy nadchodzi susza, okrutna i bezwzględna, całkowicie niszcząca wszystkie w jakiś sposób ocalałe jeszcze plony. Zaczyna się wszechogarniający głód i walka o przetrwanie. Odrobina zbawiennego pokarmu może zadecydować o dalszym życiu, więc zdarzają się przypadki żebrania, kradzieży i wyrywania sobie ostatniego kęsu. Masakra, której większość z nas z pewnością nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić.

Jakby tego było mało Williamowi niezbyt pomyślnie wychodzą także egzaminy decydujące o przyjęciu do szkoły średniej, w związku z czym zostaje przyjęty do najgorszej wśród regionalnych szkół. Wkrótce okazuje się jednak, że i uczęszczanie do niej stało się tylko niedoścignionym marzeniem, którego z powodu zbyt wysokiego czesnego zwyczajnie nie można zrealizować. Zwłaszcza w tak ciężkim dla rodziny Kamkwamba okresie.

William jednak ani myśli się poddawać. Biblioteka staje się jego nowym, ulubionym miejscem, podręczniki do fizyki najlepsza rozrywką, a powolne dążenie do zapewnienia rodzinie elektryczności życiowym celem.

Nigdy chyba nie przestanie mnie zadziwiać to z jaką łatwością ludzie piszą o tak strasznych przecież wydarzeniach. Jednak to chyba głównie dzięki tym prostym zdaniom książkę czyta się z zapartym tchem i nawet nie wiemy kiedy zaczynamy zbliżać się do końca. Kolejny raz jednak przekonałam się też o tym, że to jednak losy zwierząt interesują mnie, dotykają i wzruszają znacznie bardziej niż losy ludzi, bo o ile choroba matki Williama czy śmierć niektórych z jego szkolnych kolegów wywołała pojawienie się w moich oczach łez, o tyle przy wątku Khamby i jego śmierci zaczęłam autentycznie płakać i dosłownie nie mogłam się uspokoić. I nadal uważam, że takie wyjście, które wybrał William było okrutne i już lepiej byłoby Khambie ukręcić łeb. Ale może ja się nie znam, w końcu nigdy nie powodował mną głód.

Faktem jest, że były momenty, w których te wszystkie techniczne szczegóły zaczynały mnie nieco męczyć. Zdaję sobie jednak sprawę, że to właśnie one i osiągnięcia Williama miały być w założeniu głównym tematem książki. Dla mnie nie były. Dla mnie głównym tematem bez wątpienia stała się walka z własnym, zdawać by się mogło, przesądzonym już losem, dążenie do celu mimo wielu przeciwności, przekraczanie własnych granic. Ja tu widzę opowieść nie tylko o chłopcu, który ujarzmił wiatr, a tym samym polepszył życie swojej i swojej rodziny, ale przede wszystkim o chłopcu, który miał tyle odwagi i samozaparcia, by sprzeciwić się wszystkiemu wkoło i walczyć o własne marzenia, podczas, gdy ludziom w jego kraju większość życia upływa na niespełnionych marzeniach.*

Ocena: 4,5/6

William Kamkwamba, Bryan Mealer, O chłopcu, który ujarzmił wiatr, Warszawa, Drzewo Babel, 2010.

*Tamże, s. 291