Z początku zachwyciłam się tą książką. Oczarował mnie klimat, dałam się wciągnąć w tę historię, a pojawiające się tu i ówdzie wstawki kulinarne, tylko zaostrzały apetyt na dalszą lekturę. Jednak im dalej w nią brnęłam, tym bardziej czułam się zmęczona. Ilość opisów zamiast czarować zaczęła mnie przytłaczać, kolejne wątki, dokładane z coraz mniejszym wyczuciem, nużyły, a główna bohaterka ze strony na stronę stawała się coraz bardziej irytująca i mam wrażenie, że doczytałam Ogród kobiet bardziej z poczucia obowiązku niż dla przyjemności. Sytuacji nie poprawił także wątek Anice, początkowo ciekawy i angażujący, powoli zaczął się nadmiernie dłużyć, a ilość nieszczęść zsyłanych tej dziewczynie sprawiał, że coraz bardziej przewracałam oczami, zastanawiając się, ile jeszcze autorka zechce tu napakować.

To ciekawe… Kiedy wszystko idzie dobrze, kiedy życie się do ciebie uśmiecha, myślisz, że nie potrzebujesz ludzi, że ludzie nawet ci przeszkadzają, rozpraszają cię… A jednak niech Bóg nas chroni przed samotnością w obliczu przeciwności. Jeśli się topisz, potrzebujesz chwycić się czyjejś ręki, która cię wyciągnie z wody. I lepiej, żebyś nie znalazła się sama pośrodku morza.*

Całość akcji rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych. Z jednej strony mamy Giannę, stojącą u progu kariery architektkę, której romans ze znanym aktorem wywraca życie do góry nogami. Śmierć ukochanej babci skłania ją nie tylko do podróży w przeszłość, ale i zastanowienia się nad teraźniejszością. Zagłębiając się w odnalezione na strychu, zapomniane pamiętniki tajemniczej Anice, udaje się do Castelupo – małego włoskiego miasteczka – tam, gdzie wszystko się zaczęło. I tu zaczyna się ta druga historia. Historia Anice, którą poznajemy właściwie jeszcze jako dziecko, przyglądając się bardzo powoli całej jej historii od nauki zielarstwa, poprzez służbę u don Giuseppego, burzliwy związek z jego synem – Lucą, okropne wydarzenia I wojny światowej, aż do wyjazdu z Włoch, do których Anice już nigdy nie powróciła.

Przyznaję, potencjał był. Całkiem spory nawet. A jednak… coś nie zagrało.

Wolność, dziecko, nie polega na tym, żeby latać jak ptak bez głowy. Być wolnym nie znaczy robić zawsze tylko to, co się chce, być egoistą i lekceważyć innych. Wolność to coś znacznie poważniejszego: to móc wybrać swoje miejsce w świecie. I sprawić, żeby inni cię szanowali z tego powodu, nie pozwolić, żeby ktokolwiek tobą pogardzał i cię upokarzał. Nie zapominaj o tym. Ponadto… jesteśmy kobietami, dla nas najlepsza odmiana wolności to sprawienie, żeby mężczyznom wydawało się, że nami rządzą.**

Główny problem z tą książką polega chyba na tym, że jej bohaterowie są do bólu papierowi, a wraz z ich pojawieniem się, wiemy już niemal dokładnie jak potoczą się ich losy, jaką rolę odegrają w całej tej historii. Brak wyrazistości sprawia, że żadna z postaci nie staje się czytelnikowi zbyt bliska, brak zaskoczeń zaś, że całość jest zbyt statyczna i monotonna.

Koniec końców nie jestem usatysfakcjonowana, może gdyby odrobinę tę powieść skrócić, utrzymać początkowy rytm albo zwyczajnie obdarzyć przynajmniej jedną z bohaterek cechami, dzięki którym choć trochę chciałoby się im kibicować, to całość wspominałabym dużo lepiej. Tymczasem, odkładam Ogród kobiet bez żalu, wiedząc doskonale, że bardzo szybko ulotni się z mojej pamięci.

Carla Montero, Ogród kobiet, Poznań, Dom Wydawniczy Rebis 2020

*s. 138

**s. 61