Jest dla nas czymś tak naturalnym, że na co dzień nie doceniamy jej wartości. Codziennie zużywamy kilkanaście litrów, nawet nie zastanawiając się jak bardzo jest nam potrzebna do życia. Wody, bo o niej mowa, potrzebujemy nie tylko do picia, ale także wielu innych czynności jak mycie się, pranie, podlewanie roślin… Czy wyobrażacie sobie świat, w którym wody zaczyna po prostu brakować? Maja Lunde kreśli przed nami przerażającą wizję.


Z jednej strony mamy Signe, kobietę dojrzałą i niosącą ze sobą ogromny bagaż bolesnych doświadczeń. Signe, która po latach wraca do Norwegii, w rodzinne strony, by uchronić choć trochę tego, co jeszcze się da ocalić. Wraz z nią cofamy się nieco w czasie, aż do rozstania rodziców, które znacząco wpłynęło na resztę jej życia i kolejne dokonywane wybory, do pierwszej ogromnej miłości i tego, co sprawiło, że dziś znajduje się w punkcie, do którego być może wcale nie chciała dotrzeć.
Z drugiej strony obserwujemy świat za kilkadziesiąt lat, przenosząc się do Francji 2041 roku, gdzie ogromna susza doprowadziła do licznych pożarów i migracji tych, których udało się jeszcze przeżyć. Wraz z Davidem i jego jedenastoletnią córką Lou, w poszukiwaniu żony i maleńkiego synka, którzy zgubili się gdzieś po drodze, trafiamy do obozu uchodźców, który miał być ostoją, a stał się… no właśnie, czym? Brak wody okazuje się wykańczać wszystkich nie tylko fizycznie, ale także psychicznie, doprowadzając do licznych zamieszek, uwalniając najgorsze z uśpionych instynktów.


Troje bohaterów łączy tytułowy Błękit, łódź, którą Signe dostała w prezencie od ojca. W jaki sposób splecione są ich losy musicie się jednak przekonać sami.
Najgorzej jednak było z wodą. Zaczęli ją racjonować coraz ściślej. Nie można już było brać prysznica ani prać ubrań. Dostawaliśmy dokładnie tyle, ile potrzebowaliśmy do picia.
Budziłem się i myślałem o wodzie. Wypijałem kilka letnich kropel. Oszczędzałem dla Lou. Zasypiałem i myślałem o wodzie. Język miałem wyschnięty. Próbowałem oddychać przez nos, by niepotrzebnie nie zużywać śliny.*
Czytałam tę powieść chyba w najlepszym możliwym czasie, gdy za oknem panował totalny skwar, a ja mimo całej mojej miłości do upałów ogromnie już byłam stęskniona za porządnym deszczem. Tym bardziej przerażające dla mnie były fragmenty o kąpieli, która można wziąć raz na tydzień czy bardzo skrupulatnie dzielonych przydziałach wody pitnej. Byłam przerażona, ale jednocześnie przeszczęśliwa, że ja w przeciwieństwie do bohaterów Lunde, mogę zwyczajnie napić się nie tylko zimnej mineralnej, ale i chociażby mrożonej kawy czy jakiegokolwiek innego napoju prosto z lodówki albo najzwyczajniej w świecie wskoczyć do wanny pełnej letniej, przyjemnie chłodzącej rozgrzane ciało wody. Ot, zwyczajne, codzienne czynności, z których wagi nie zdajemy sobie na co dzień sprawy. Dopóki mamy to wszystko na wyciągnięcie ręki… A wierzcie mi, jako społeczeństwo robimy wszystko, by wizja autorki przestała być fikcją.


Błękit w znaczący sposób dotyka problemu zużywania i marnowania wody, ale Maja Lunde porusza także wiele innych tematów, od niespełnionej miłości i rozstania spowodowanego różnicą zdań, poprzez ogromną tęsknotę za tymi, których przy nas już nie ma, aż do zdrady, przy której możemy się zastanawiać czy faktycznie jest jeszcze zdradą i usunięcia dziecka, które miałoby się wychowywać bez jednego z rodziców. Sami więc widzicie, że nie da się czytać tej książki bez głębszej refleksji, bez pochylenia się nad poruszaną problematyką.
Pomijając już kwestię świetnie dobranego tematu, nad którym każdy z nas mocno powinien się zastanowić, Maja Lunde ma także doskonały styl. Błękit wciąga od pierwszych stron, autorka czaruje słowem, sprawia, że można w jej powieści totalnie zatonąć. Zakochałam się w jej pisaniu na tyle, że właściwie ledwo po przeczytaniu kilkunastu stron tej książki postanowiłam zakupić także poprzednią powieść autorki – Historię pszczół. Mam nadzieję, że i ona dostarczy mi tak wielu emocji jak Błękit.
Maja Lunde, Błękit, Kraków, Wydawnictwo Literackie 2018
*s. 264