Z książkami Eduardo Mendozy różnie u mnie bywa. Brak wiadomości od Gurba szalenie mi się podobał, Prześwietny raport kapitana Dosa, utrzymany niby w podobnym klimacie, nie przemówił już do mnie aż tak bardzo, raczej nudząc niż bawiąc. Przygód damskiego fryzjera nie znam niestety w ogóle, jak więc było z Tajemnicą zaginionej ślicznotki? Mogłabym napisać, że dobrze było. Bo w zasadzie było, przynajmniej do pewnego momentu, kiedy to autor postanowił lekko przedobrzyć.


Od pewnego czasu media rzucają się jak sępy na dramatyczne wydarzenia, zniekształcają je, wypaczają, przemieniając tym sposobem deprawację w rozrywkę, a nieszczęście w farsę. Z ubolewaniem stwierdzam, że to jedno z mrocznych oblicz demokracji. Niegdyś prasa, radio i telewizja stawiały sobie za cel dostarczenie obywatelom informacji niezbędnych do tego, by ci wyrabiali sobie opinie i podejmowali działania oparte na znajomości rzeczy. […] Teraz natomiast święci triumfy i wygrywa ten, kto schlebia niskim instynktom pospólstwa, i żadna władza nie jest w stanie zahamować tego zjawiska […]*.
Gdy Olga Baxter, pewna top modelka, ginie w niewyjaśnionych okolicznościach, o jej zabójstwo zostaje oskarżony były damski fryzjer, obecnie przebywający w zakładzie dla psychicznie chorych, z którego zostaje podstępnie wywabiony właśnie w czasie, gdy zamordowano Olgę. Pozbawiony alibi, pozostający w niezbyt dobrych stosunkach z policją i idealnie nadający się na głównego podejrzanego, nasz główny bohater swoją niewinność będzie zmuszony udowodnić zupełnie sam. Nooo, może z małą pomocą uroczej grupy transwestytów, szefa kuchni, a właściwie to nawet kuchcika w podrzędnej restauracji serwującej kuchnię riojańską oraz portiera-pracoholika. Pojawią się też wojownicy ninja, duchy zmarłej oraz APALF, podziemna organizacja owiana tajemnicą.
Co tu dużo mówić, w najnowszej powieści Eduardo Mendozy absurd goni absurd, postacie są przerysowane na maksa, a całość stanowi raczej komedię niż typowy kryminał. Choć właściwie nie jest to też typowa komedia.
Wciągnęło mnie, skłamałabym mówiąc, że nie, bo z nieustającą ciekawością śledziłam poczynania domorosłego detektywa-lumpa. Przynajmniej do pewnego momentu, jak już wspomniałam. Było też chwilami naprawdę zabawnie, bo Mendoza bawi się słowem, stylem i konwencją, ale szczerze mówiąc liczyłam na inne zakończenie części pierwszej, bo całe misternie prowadzone śledztwo nagle bierze w łeb, gdy dostajemy rozwiązanie podane na tacy. W dodatku na tej części pierwszej mogłaby się Tajemnica zaginionej ślicznotki jak dla mnie zakończyć, bo część druga jest już właśnie tym przedobrzeniem, na które niepotrzebnie zdecydował się autor, pełnym nawiązań do współczesnej polityki, w tym nawiązań w dużej mierze zrozumiałej chyba tylko i wyłącznie dla mieszkańców Hiszpanii. Fakt, że są one nieco zawoalowane, ale mimo tego mogą jednak trochę drażnić i nudzić. Mnie wynudziły, a szkoda, bo przecież początek był tak piękny…
Eduardo Mendoza, Tajemnica zaginionej ślicznotki, Kraków, Wydawnictwo Znak 2016
*s. 49-50