Nie, żeby Szopka mnie szczególnie zachwyciła. Nie o to nawet chodzi. Po prostu mimo upływu czasu, wciąż zdarza mi się wracać do niej myślami, wciąż tkwi głęboko w mojej głowie i myślę, że długo jeszcze tkwić będzie. To dlatego, gdy tylko On pojawił się w zapowiedziach, wiedziałam, że przeczytanie go to tylko kwestia czasu.

On jednak rozczarował nie tylko swoją matkę.
Nie wyróżnia się niczym, nawet nazwisko ma tak pospolite, że już bardziej nie można. Z wyglądem kiepsko, Śpik był za długi, za chudy i z kończynami przypominającymi łopaty do węgla*. Z charakterem też marniutko, że już o intelekcie lepiej nie wspominać. W szkole same łabędzie, cały zbiór łabędzi i wypełniony do granic możliwości dzienniczek z uwagami. Jest wycofany, o kolegach ciężko mówić, bo ci pojawiają się wtedy, gdy wpadają na kolejny genialny pomysł, na realizację którego nie odważy się nikt poza nim. Nikt poza nim, bo na nim nic nie robi wrażenia, bo nie rozumie, nie rozróżnia zła od dobra, mądrości od głupoty, bo wszystko zdaje się być dla niego zupełnie obojętne. Wszystko poza niebieskimi gąsienicami i ich rozkładami jazdy, które Śpik zna na pamięć. Każdy, co do minuty. A no właśnie, Śpik… jakby wszystkiego było mało, to jeszcze to okropne przezwisko przylega do niego na tyle lat. Ale jeśli na to wszystko spojrzeć z drugiej strony, to mimo wszelkich wad, mimo całej odmienności, mimo wyraźnego odstawania od reszty, to właśnie On, on jeden, ponad wszystko dąży do spełnienia marzeń. Pielęgnując je sumiennie przez całe życie, osiąga to, czego większości z nas na ogół się nie udaje w pogoni za normalnością i wpasowaniem się w wyznaczone przez społeczeństwo normy.
I pozostaje jeszcze ta jego matka. Też bezimienna i w dodatku tak podobna do tej znanej nam z debiutu Papużanki. Jasne, tym razem bardziej się wstydzi, tym razem wyraźnie widzi, że jej syn nie przystaje do reszty, ale mimo tego kocha nad wszystko, idealizuje jednak trochę, winy za jego inność poszukując w sobie, chucha i dmucha jak tylko może, starając się ochronić przed całym złem świata. Mimo rozczarowań, mimo tego, że jej dziecko miało być przecież zupełnie inne, to właśnie ono jest dla niej wszystkim. I wszystko może dla niego poświęcić. Właśnie dla niego, nie dla tego młodszego, tego, który przecież udał się bardziej, może ze względu na te wszystkie odchylenia?
Każdy jest najpierw rybką, małą rybką w wielkich wodach niewiadomoczego. Rośnie i jest go coraz więcej, a wody coraz mniej. Wypełnia się tą wodą. Najprzyjemniejsze na świecie uczucie to kopnięcia małej rybki w brzegi oceanu, halo, jesteś tam, ja też jestem, trochę popływam i zaraz wychodzę. Nie można całego życia spędzić w bezpiecznych wodach, trzeba się zmierzyć ze światłem, dźwiękiem, zapachem. Kim ty jesteś, mała rybko, kim będziesz?**
Na tej trudnej relacji matki z nieidealnym, choć na siłę idealizowanym dzieckiem Papużanka opiera swoją powieść, ale znajdziemy tu też nieco może przerysowany, a może właśnie na wskroś prawdziwy obraz peerelowskiej, krakowskiej rzeczywistości. I szkoły, w której nie ma miejsca na jakikolwiek indywidualizm, bo wszystko od lat jest takie samo i takie samo pozostać musi, a martyrologia i bohater z góry skazany na porażkę, to wartości największe i nie można ich lekceważyć. Oraz domu, w którym matka od rana do nocy zapieprza przy dzieciach i garach, a ojciec od rana do nocy zapieprza w hucie, sprowadzając swoją rolę do ważnego, ale jednak głównie nieobecnego, żywiciela rodziny.
Smutna to rzeczywistość. I można by się nad nią rozwodzić długo, gdyby nie to, że dla mnie On jest taką swego rodzaju jednak powtórką z rozrywki. Bo to w dużej mierze już było poprzednio. I już przez to nie uderza tak bardzo, nie robi już takiego wrażenia, a szkoda, bo przecież powinien.
Czyja to wina, że nie wiemy, co jest ważne. Że się pamięć otwiera powoli, latami, że nie jest nam dane zapanować nad nią, że chcemy zapamiętać, a nie umiemy przywołać właściwego obrazu, że nie śnią się nam zmarli, chociaż ich prosimy, że zapomnieliśmy o urodzinach babci, za to wierszyki z piątek klasy po rusku proszę bardzo, do ostatniej zwrotki, że wczoraj widziana twarzy nie kojarzy się z niczym, ale tkwią ciasno upchnięte w pamięci sześciocyfrowe numery telefonów domowych, gdy nikt już nie ma telefonu w domu***.
Zośka Papużanka, On, Kraków, Wydawnictwo Znak 2016
*s. 154-155
**s. 245-246
***s. 113-114