Ogromnie się cieszę, że ta książka znalazła się kiedyś na mojej półce i że mogłam sięgnąć po nią w momencie, kiedy była mi naprawdę potrzebna. Tym bardziej, że mam wrażenie, iż Klanu nie tworzą tylko osoby posiadające już dzieci, ale także kobiety w ciąży. Wszystkie uśmiechnięte, zadbane, bez żadnych dolegliwości, z radością na ustach chwalące ten cudny stan błogosławiony, w którym miały szczęście się znaleźć. A ja powiem guzik prawda, bo choć ciąża ma całe mnóstwo plusów, a niektórych momentów nie da się porównać z niczym innym, to jednak ma też mnóstwo minusów, o których już niewiele osób wspomina…

MacierzynstwoNonFiction

Już sama ciąża jest gigantyczną inwestycją. Ogromnym nakładem sił, emocji, serca, czasu i energii. Stresu, lęków i niepokojów. Nigdy w życiu i na nic nie czeka się tak jak w ciąży. Gładząc brzuch, myślałam sobie, że nie bez powodu czas ciąży jest u homo sapiens tak długi. To przecież czas budowania relacji od zera. Tak silnego uczucia jak miłość macierzyńska nie da się wykrzesać z siebie ot tak. Powolne zakochiwanie się*.

Joanna Woźniczko-Czeczott o ciąży już nie pisze, a przynajmniej nie za wiele, za to z ogromną szczerością opowiada o minusach macierzyństwa, które dostrzegła w ciągu pierwszego roku ze swoją córką. Córką, która darzy ogromną miłością i to naprawdę mocno czuć w całej książce, dlatego nie bardzo rozumiem zarzuty o bycie wyrodną matką pojawiające się tu i ówdzie. W każdym razie Woźniczko-Czeczott bez pardonu pisze o wszystkim tym, co ją boli, drażni, frustruje… I tym swoim pisaniem sprawia, że pewnie niejedna matka poczuje się znacznie lepiej. Bo fajnie jest mieć świadomość, że nie jesteśmy w tym wszystkim same, że inni mają podobne problemy, zmagają się z podobnymi dolegliwościami, czasem tak samo sobie nie radzą. Poza tym… może się nam wydawać, że jesteśmy gotowi na dziecko, bo przecież pragniemy go ponad wszystko, ale nie wmawiajmy sobie i innym, że to dziecko w naszym życiu nic nie zmienia. Pojawienie się w domu małego człowieka, któremu trzeba poświęcić całą uwagę i którego potrzeby stają się nagle znacznie ważniejsze niż nasze własne, to prawdziwa rewolucja i nie ma się co czarować, że jest inaczej.

Dzieci stają się po porodzie wszystkim. Matka niepostrzeżenie znika**.

Intymność w związku, wypadanie włosów, laktodieta, zdziecinnienie, kontakty z osobami dzieciatymi i niedzieciatymi oraz społeczne zainteresowanie, które sprawia, że nagle wszyscy wkoło znacznie lepiej wiedzą jak powinnaś się zajmować własnym dzieckiem, to tylko niektóre z kwestii, jakie porusza autorka. A o wszystkim pisze nie tylko szczerze, ale przede wszystkim lekko i z dużą dawką humoru, co sprawia, że podczas czytania najzwyczajniej w świecie dobrze się bawimy. Choć opisywane problemy niestety do najśmieszniejszych nie należą.

Czasem mam wrażenie, że moje niemowlę traktuje się jak dobro społeczne. Obiekt wspólnej troski, więc każdy może się wtrącić***.

Macierzyństwo non-fiction to naprawdę świetna książka. Pełna humoru, dystansu, spojrzenia na macierzyństwo z ogromnym przymrużeniem oka. To zwierzenia kobiety momentami mocno zmęczonej rolą matki, ale jednak pełnej miłości zarówno do dziecka, jak i do męża. Ja się przy niej doskonale bawiłam i podejrzewam, że może nie do całości, ale przynajmniej do pewnych fragmentów zdarzy mi się jeszcze w chwilach największych kryzysów wrócić. Ot, dla poprawy nastroju albo może po prostu po to, by przekonać się, że nie tylko ja te kryzysy przechodzę.

Joanna Woźniczko-Czeczott, Macierzyństwo non-fiction. Relacja z przewrotu domowego, Wołowiec, Wydawnictwo Czarne 2012

*s. 115

**s. 23

***s. 78