WtedyZajmuję się tylko porządkowaniem mojego archiwum, w którym najróżniejsze nitki czasu łączą się w jeden węzeł.*

Miały to szczęście, że dzięki pomocy wielu życzliwych ludzi i fałszywym dokumentom udało im się przetrwać lata okupacji. Miały to szczęście, że choć zostały rozdzielone, tuż po wojnie udało im się odnaleźć. Trzy kobiety: Janina Mortkowiczowa, Hanna Mortkowicz-Olczakowa i autorka tej książki, Joanna Olczakówna, które przed wojną miały własne wydawnictwo i księgarnię przy ulicy Mazowieckiej w Warszawie, po zaś zostały właściwie z niczym. Tyle, że miały chociaż siebie i znalazły schronienie tam, gdzie zamieszkało też mnóstwo innych cenionych osobistości… w Domu Literatów przy ulicy Krupniczej 22 w Krakowie.

We wspomnieniach z pierwszych powojennych lat wydaję się sobie hedonistką, która ani nie myślała o przeżytych okropnościach, ani nie widziała tragicznych rysów teraźniejszości. Żadnych nieszczęść, grobów, lamentów, wyliczania strat. Przeciwnie. Życie było zachwycające. Ofiarowywało same niespodzianki, pieniące się jak woda sodowa z sokiem, mieniące się tęczowo jak krople wody w fontannie na Plantach.**

Żałuję, że nie znam Krakowa na tyle, żeby wraz z Joanną Olczak-Ronikier przemierzać jego ulice, żałuję, że nie znam go na tyle, by to, co zastała autorka zaraz po wojnie zestawić z tym co jest teraz. Bo, jak pisze Olczak-Ronikier dziś ulica Krupnicza nie przypomina tamtej sprzed lat. Zastawiona samochodami, trudna do przebrnięcia, upstrzona tysiącami szyldów, nie jest – wydaje mi się – ani miejscem do życia, ani do zwiedzania. Moja nie była zbyt atrakcyjna, miała jednak spokój i pewną godność***. Może choć dzisiejszy ogród Mehoffera nie różni się tak bardzo od tego cudownego miejsca, do którego autorka lubiła się zakradać w 1945 roku. Dla mieszkańców Krakowa i osób, które doskonale znają to miasto, lektura Wtedy nabierze na pewno jeszcze większej wartości.

Chciałabym opisywać w nieskończoność urzekające kolory, zapachy, smaki pierwszych krakowskich miesięcy. Opowiadać na dziesiątkach stron o radości, jaka towarzyszyła kolejnym odkryciom. Ale poczucie proporcji każe mi kontrolować euforyczne uniesienia. W pamięci zbiorowej powojenny czas to czas żałoby i strachu. Własne szczęśliwe wspomnienia nie pasują do tej aury. Jednak nie mogę ciągle się usprawiedliwiać, że patrzyłam na świat z ograniczonej, infantylnej perspektywy.****

Najnowsza książka Joanny Olczak-Ronikier to opowieść o życiu tuż po wojnie składana ze wspomnień autorki, nieco mglistych, w końcu była wówczas jeszcze dzieckiem; oraz zapisków i dokumentów przez lata gromadzonych przez jej matkę i babkę.

Stare dokumenty mają w sobie magiczną moc. Przy pewnym wysiłku wyobraźni prowadzą w przeszłość, pozwalają zobaczyć minione wydarzenia. Dotykam pożółkłej kartki kancelaryjnego papieru zapisanej wyraźnym pismem. Zamykam oczy. Skupiam się. Jak na obrazach, które stary projektor filmowy rzuca z porysowanej rolki filmowej na ekran, widzę najpierw napis: Trzciana. 19 marca 1945 roku. Potem pojawiają się niewyraźne sceny bez głosu. Jakbym trafiła w inny wymiar rzeczywistości, w inne odgałęzienie czasu.*****

Wtedy to jednak nie tylko opowieść o powojennym Krakowie, a właściwie powiedziałabym, że wbrew tytułowi jest tu tego Krakowa znacznie mniej niż się spodziewałam, ale przede wszystkim o próbach odbudowania przedwojennego wydawnictwa Mortkowiczów i o tym jak trudno, mimo ogromnych chęci, starań i masy wysiłku, było wskrzesić ten rodzinny interes. A także o dzieciństwie tuż po wojnie, w którym mimo wszelkich zniszczeń, było mnóstwo radości i kolorów oraz o wczesnych latach spędzanych w towarzystwie Leopolda Staffa czy Kiry Gałczyńskiej.

Dzięki rodzinnej korespondencji zgromadzonej w moim archiwum ciągle trafiam na jakiś okruch wspomnień, zagubiony dawno temu, z piasku przesypującego się czasu. Bywa, że zapisany fakt z niczym się już nie kojarzy, nie przywołuje żadnych emocji. Ale zdarza się, że słowa, zdania zaczynają lśnić, ożywają, za ich przyczyną pojawiają się odległe krajobrazy, wnętrza, ludzie. Trzeba się bardzo skupić, zmrużyć oczy, żeby jak na starej kliszy filmowej zobaczyć obrazy wyraźniej. Potem trzeba zadać sobie dużo trudu, żeby z pomocą historycznych źródeł sprawdzić, co w majaczących scenach jest prawdą, co imaginacją. I czasem następuje zdumienie. Wszystko się zgadza. Dokumentalne przekazy tworzą tło, na którym rysują się sceny zachowane w pamięci. Całość układa się w wielowymiarową opowieść.******

Joanna Olczak-Ronikier, Wtedy. Opowieść o powojennym Krakowie, Kraków, Wydawnictwo Znak 2015

*s. 265

**s. 105-107

***s. 64

****s. 149

*****s. 26

******s. 117