Pamiętajmy, że nikt nie ma dzieci ze względu na same dzieci, to zawsze egoizm albo przypadek. To fundamentalna ludzka potrzeba*.
Karolina Domagalska podejmuje trudny temat, ale podjęcie tematu to jeszcze nic, bo w przypadku tej książki najważniejsze są zamieszczone w niej historie. A żadna z nich nie pozostawi czytelnika obojętnym. To opowieści, które na każdego, jestem pewna, zadziałają zupełnie inaczej. Jednych wzruszą, innych oburzą, wywołają sprzeciw lub podziw. Najważniejsze jednak, że czytelnik ma prawo wyboru, bo sama autorka stoi w cieniu, z boku, nie ocenia, powstrzymuje się od własnych komentarzy, pozwala odbiorcy na dowolną reakcję.
Wszystkie zamieszczone pomiędzy okładkami opowieści łączy wspólny mianownik: in vitro, ale są one jednocześnie ogromnie różnorodne. To wypowiedzi samotnych matek, które bez pomocy medycyny reprodukcyjnej nigdy nie urodziłyby upragnionego dziecka. Mężczyzn, którzy poprzez dawstwo mogą być biologicznymi ojcami dziesiątek albo i setek dzieci rozrzuconych po całym świecie. Samych dzieci, dziś już dorosłych, które mając świadomość pewnego braku, pragną poznać swoje korzenie, które mówią: ja naprawdę kocham swojego tatę. Tego, który ze mną żył przez tyle lat. Nie można jednak twierdzić, że geny nie mają znaczenia. Możesz nigdy nie zobaczyć biologicznego ojca, ale nic nie zmieni tego, że podarował ci połowę twojego DNA. Nie mam żadnych wątpliwości, że koniec z anonimowością to zmiana dobra i konieczna**. A także surogatek, dla których to co robią jest jak narkotyk, uzależnienie. Pamiętam, że po drugim dziecku myślałam, że już nikomu nie jestem potrzebna, muszę odejść, a przecież nie chcę, nie mogę bez tego żyć. Wiele surogatek mówi to samo. To nie jest taka praca, że tylko otrzymujesz pieniądze i działasz jak automat. Zawsze dostajesz tyle wdzięczności, tyle emocji, nerwów. Masz poczucie, że robisz coś, co naprawdę jest potrzebne***.
To historie par, którym mimo usilnych prób wciąż nie udaje się począć dziecka. Całe to staranie się o potomstwo, gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że może nigdy się nie udać staje się ogromnie wyniszczające. Że nie zwariowałam, to się sama sobie dziwię. To jest strasznie trudna droga, trzeba mieć odporność nosorożca, żeby ją przejść. Niektórym się udaje za pierwszym razem, ale dla większości to laparoskopie, histeroskopie, torbiele, nieudane kriotransfery, poronienia**** – mówi jedna z bohaterek Domagalskiej. Inna dodaje: Jestem cieniem siebie sprzed lat. Kiedyś byłam fajną, rozrywkową, wesołą laską. Nie było weekendu, żebyśmy gdzieś nie poszli, nie pojechali. Przez starania zamknęłam się w skorupie. Taka się stałam nudna, smutna. Straciłam radość życia*****.
Nie przeproszę, że urodziłam to jednak nie tylko zbiór nieszczęśliwych przypadków, to także historie, które skończyły się w najlepszy możliwy sposób. Pary homoseksualne, które kiedyś nie mogłyby sobie na dzieci pozwolić, dziś mogą je mieć, chociażby dzięki pomocy własnego rodzeństwa, które decyduje się na użyczenie zarodków. Bezpłodnego mężczyznę może wspomóc ojciec, który udostępni własną spermę, kobieta, w której macicy nie chce zagnieździć się już żadna komórka, może liczyć na pomoc własnej córki. To wszystko brzmi niesamowicie, wręcz nieprawdopodobnie, ale ma miejsce. W różnych częściach globu, w różnym czasie.
Karolina Domagalska udziela głosu każdej ze stron. Jej zbiór reportaży daje szerokie spojrzenie na zjawisko, jakim jest in vitro, a autorka nie ogranicza się do przedstawienia wyłącznie przeżyć samych zainteresowanych, ale przybliża nam również nieco historii, sięgając do samego początku sztucznego zapłodnienia, opisując kolejne etapy jego rozwoju oraz odnotowując postępy jakie nastąpiły w zakresie medycyny reprodukcyjnej na przestrzeni kilkudziesięciu lat.
Historie przedstawione w Nie przeproszę, że urodziłam są wzruszające, niesamowite, a przy niektórych aż przecierałam oczy ze zdumienia. Bohaterowie Domagalskiej wzbudzili mój głęboki szacunek i podziw. Zastanawiam się skąd w obliczu nieszczęść, a jak wiadomo nieszczęścia chodzą parami, i wszelkich przeciwności losu ludzie znajdują w sobie tyle siły, by walczyć o to, czego tak mocno pragną.
Warto przeczytać, pochylić się nad tymi historiami, przemyśleć, przetrawić, być może zmienić swoje poglądy na niektóre sprawy, a przede wszystkim mieć ogromną nadzieję, że jeśli doświadczenia bohaterów Nie przeproszę, że urodziłam kiedykolwiek dotkną nas samych znajdziemy w sobie tyle samo siły i odwagi.
Ogromnie polecam.
Karolina Domagalska, Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro, Wołowiec, Wydawnictwo Czarne 2015
*s. 40
**s. 59
***s. 182
****s. 127
*****s. 129