Nie prowadzę zdrowego trybu życia. I naprawdę daleko mi do stosowania zasad zdrowego odżywiania. To trochę wstydliwe wyznanie w czasie, gdy staje się ono coraz bardziej modne, ale co poradzić… Dam się pokroić za dobrą pizzę, najlepiej taką nie-włoską, no wiecie, multum dodatków, grube ciasto i masa ciągnącego się sera. Kocham sałatkę z zupek chińskich z dużą ilością majonezu. Uwielbiam smażone w głębokim tłuszczu oponki mojej mamy. Naprawdę lubię parówki, bez względu na to ile śmiecia w sobie zawierają. A fasolka szparagowa taplająca się w rumianej bułce tartej jest dla mnie synonimem lata. 

Nie sięgnęłam po tę książkę po to, by zrobić rewolucję w swoim jadłospisie, domu i życiu. Po pierwsze nie wiem czy naprawdę chciałabym takiej rewolucji, po drugie jest ona póki co prawie niemożliwa. Prawda jest taka, że po książkę Julity Bator sięgnęłam żądna inspiracji. Po prostu. Książki kucharskie (jak i blogi kulinarne) są dla mnie trochę jak uzależnienie. Czytam, przeglądam, wyszukuję, ciągle chcę więcej i nigdy nie mam dosyć. Szukałam więc inspiracji… i co? I czuję się nieco rozczarowana tą książką.

Mało tego, ja jako czytelnik czuję się nawet trochę oszukana, bo jeśli wydawca zapewnia mnie, że w tej książce znajdę 80 nowych przepisów na dania bez polepszaczy i sztucznych barwników*, to chcę znaleźć właśnie taką liczbę inspiracji. Tymczasem chyba nie do końca czuję się usatysfakcjonowana dostając przepis na kanapki z truskawkami i kanapki z bananami oraz… a jakże, kanapkę z jajkiem sadzonym. Powiem szczerze, że czuję się jak idiotka, gdy ktoś mi podaje przepis (?!) na tarty chrzan albo domowe frytki pieczone w piekarniku (naprawdę są ludzie, którzy nie potrafiliby tego zrobić bez wskazówek zamieszczonych w książce?). Natomiast przyrządzenie domowego jogurtu bez chemicznych dodatków poprzez wymieszanie mleka krowiego i… jogurtu naturalnego, trochę się moim zdaniem mija z celem. 

Niemniej jednak nie jest tak źle, bo choć nie do końca wiem gdzie w centrum Wrocławia szukać kurczaka z hodowli ekologicznej czy jajek od kur z wolnego wybiegu (za wszelkie wskazówki będę niezmiernie wdzięczna), to kilka perełek dla siebie wynalazłam. Wykorzystałam już przepis na zupę pomidorową z ciecierzycą, dotąd nie próbowałam nawet takiego połączenia i całkiem nieźle to wyszło. Na pewno prędzej czy później wypróbuję także przepis na mazurek kajmakowy czy rafaello. Chętnie zrobię również roladę serową z pieczarkami i sałatkę z czerwoną fasolą i tuńczykiem (bo dotąd jedyna sałatka z tuńczykiem, jaką jadłam, to była wersja z ryżem i… majonezem oczywiście). 

Podsumowując Zamień chemię na jedzenie. Nowe przepisy to raczej przeciętna pozycja. Myślę, że jej odbiór w dużej mierze zależeć będzie od tego, czego tak naprawdę od niej oczekujecie. Dla mnie nie jest ani specjalnie dobra, ani też specjalnie zła. Po pewnymi względami rozczarowująca, pod innymi całkiem niezła. Ot taki przeciętniaczek, który miło mieć na półce, choć myślę, że moje gotowanie nie straciłoby zbyt wiele, gdybym jej nie miała.

Julita Bator, Zamień chemię na jedzenie. Nowe przepisy, Kraków, Wydawnictwo Znak 2014

*informacja zaczerpnięta z opisu na stronie wydawcy