Nigdy chyba nie zrobiłam żadnego podsumowania na tym blogu, bo generalnie… niby nie lubię. Nie lubię, ale jednak sama dla siebie prowadzę spisy tego, co przeczytałam, a od niedawna też tego, co obejrzałam. Teoretycznie ku pamięci, żeby orientować się mniej więcej w tym, co mi przechodzi przez ręce, tym bardziej, że zdarza mi się coraz częściej (zwłaszcza w przypadku słabszych pozycji) po kilku miesiącach nie pamiętać o jakiejś książce, czy filmie, a tak… mam czarno na białym. Inna sprawa, że lubię sama siebie obserwować. Porównywać to, ile i co czytam w danych miesiącach. I na przykład za każdym razem ogromnie mnie dziwi to, że w wakacje czytam naprawdę mało, mimo tego, że zawsze robię ogromne plany, wiele sobie obiecuję i skądinąd przecież właśnie wtedy mam najwięcej czasu, więc powinnam tą literaturę chłonąć niemal przez skórę. Guzik! Chyba, że uda mi się wyjechać daleko, na jakieś odludzie, gdzie nie mam dostępu do Internetu, a i w ogóle z zasięgiem bywa kiepsko. O, wtedy chłonę. Wracając do starych list (a czasem do poprzednich stron na tym blogu), widzę też jak bardzo zmienił się mój gust. I z zaskoczeniem myślę sobie czasem, że teraz już bym tego i tamtego nie przeczytała, zastanawiam się dlaczego coś oceniłam tak wysoko, a coś innego tak nisko, skoro wcale na to nie zasługiwało.

W każdym razie spojrzałam na statystyki i wpadłam w przerażenie. Lipiec wypada strasznie kiepsko pod względem czytelniczym, ostatni raz tak mało książek przeczytałam w sierpniu 2011 roku… i nawet nie wiem z czego to wynika. Z niechęci do czytania, nudniejszych książek (o dziwo wcale nie, popatrzyłam na oceny wystawione na bNetce, jest dobrze!), ciekawszych zajęć, upałów, które sprawiły, że mózg się topi? Z drugiej strony, tak naprawdę wcale mnie to nie martwi. Nie przeczytałam dużo, ale za to się obroniłam, byłam na pięciu rozmowach kwalifikacyjnych (z których nic nie wynikło), sześciu spotkaniach autorskich (z których każde było na swój sposób wyjątkowe) i obejrzałam dziewięć filmów (jedne lepsze, inne gorsze). Czy mogę czuć się usprawiedliwiona? Mogę, sama sobie daję pozwolenie. I tylko trochę zaczynam się martwić o bloga, bo jak tak dalej pójdzie, to nie będę miała o czym pisać… Tym bardziej, że książki książkami, a pisanie o nich to jeszcze inny temat ;).

A jak to wygląda u Was? Zapisujecie sobie co, kiedy i ile czytacie? Porównujecie, wracacie do starszych spisów, zauważacie jakieś prawidłowości, a może z zaskoczeniem patrzycie na to, jak bardzo zmieniał się Wasz gust? Bardzo jestem ciekawa!