Południe Stanów Zjednoczonych. Lato 1954 roku. Czasy, kiedy niewolnictwo dawno zostało zniesione i nikt nie powinien już o nim pamiętać. Czasy, kiedy jeden drugiemu powinien być równy, bez względu na kolor skóry.

SuchaSierpniowaTrawa

A jednak nadal panuje segregacja rasowa, nadal widać wyraźny podział na lepszych i gorszych, nadal czarni usługują białym, a biali traktują czarnych jak przedmioty. Nadal nikogo nie dziwią szyldy w stylu Murzyni przestrzegajcie godziny policyjnej! Po zachodzie słońca! Tylko dla białych*, czy napisy Segregacja się nie popsuła. Nie majstrujcie przy niej**. Nadal wszelkie przejawy przemocy na tle rasowym są z góry przesądzone, a jeśli kolorowemu dzieje się krzywda, to zapewne sam był sobie winien…

Takie tło odmalowuje przed nami Mayhew, ukazując przy tym życie rodziny Wattsów. Ogólnie szanowanej, dość zamożnej, takiej, z którą wszyscy wkoło się liczą. A jednocześnie takiej, która pod przykrywką rodziny niemal idealnej, skrywa o wiele ciemniejsze tajemnice.

Wszystkie wydarzenia poznajemy z perspektywy trzynastoletniej June, nie zawsze rozumiejącej, co się wokół niej dzieje, tłumaczącej sobie świat, ludzkie zachowania i motywy postępowania na swój, jeszcze trochę dziecinny i dość naiwny, sposób. Zadającej pytania, na które nikt nie chce jej odpowiedzieć. To jeszcze nie kobieta, ale już nie dziewczynka, jedyna z rodzeństwa, na którą ojciec ośmiela się podnieść rękę, przed obojętnością matki, uciekająca w ramiona czarnoskórej służącej. I tej czarnoskórej służącej oddana do samego końca.

Sucha sierpniowa trawa zaczyna się w momencie, gdy June z trójką rodzeństwa, matką oraz Mary – służącą, udają się, wydawać by się mogło, na zwykłe wakacje, ale bardzo szybko czytelnik może domyślić się prawdziwego powodu ucieczki. Niemniej jednak, bliskość plaży, szum fal, ciepło bijące od piasku, pozwalają momentami o nim zapomnieć. Akcja powieści toczy się powoli, niespiesznie, wręcz leniwie. Czuć na twarzy promienie słońca, letni powiew wiatru, rozprężenie na tyle duże, że właściwie jesteśmy w stanie zapomnieć o nieszczęściu, które wisi gdzieś w powietrzu. O nieszczęściu, którego zapowiedź dostajemy już przecież na pierwszej stronie książki.

Debiut Anny Jean Mayhew to powieść o segregacji rasowej, owszem, a osadzenie jej w takich, a nie innych okolicznościach sprawia, że nienawiść do ludzi o odmiennej barwie skóry, można jeszcze bardziej uwydatnić. Ale to jednocześnie piękna opowieść o przyjaźni pomiędzy kobietami, które różni niemal wszystko: wiek, rasa, pochodzenie, status społeczny. O przywiązaniu do drugiego człowieka i tym, jak trudno pogodzić się czasem z odejściem, zwłaszcza, gdy spowodowane jest ono czynem niesprawiedliwym, bezsensownym, a nawet bezmyślnym. A także o tym, że nie musimy się na wszystko godzić ze spuszczoną potulnie głową, nie musimy z założonymi rękami patrzeć na to, jak ludzie się krzywdzą, bo choć czasem niewiele da się zrobić, to jednak wbrew wszystkiemu można pokazać drugiej osobie należny szacunek i wsparcie. Tylko tyle, a jednocześnie aż tyle.

Recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

Anna Jean Mayhew, Sucha sierpniowa trawa, Wołowiec, Black Publishing, 2014

*s. 19

**s. 16