Niemal do ostatnich stron sądziłam, że znów się ze Schmittem rozminę. Że znów mnie odrobinę zawiedzie, że znów pójdzie w stronę, w którą ja nie chciałabym podążyć. Ale tym razem nie zawiódł. Tajemnica pani Ming zaciekawia, urzeka, oczarowuje. To ten stary, dobry Schmitt, którego pokochałam od pierwszej przeczytanej strony jego książki.


Tytułowa pani Ming to babcia klozetowa, pracująca w Grand Hotelu. I choć samo określenie babcia klozetowa, ma dość pejoratywny wydźwięk, to jednak pani Ming swoją funkcję pełni z godnością, dostojnością, z elegancją, której mogłaby jej pozazdrościć niejedna kobieta pracująca wiele szczebli wyżej. […] miała okrągłą głowę, czerwoną twarz z wyraźnymi zmarszczkami, zęby drobne niczym pestki słonecznika i przywodziła na myśl dojrzałe, o ile nie przejrzałe, jabłko, owoc dobry, zdrowy, smaczny i jeszcze niewysuszony. Jej szczupłe ciało przypominało giętką gałąź. Gdy już się odezwała, okazywało się, że jest bardziej kwaśna niż słodka, bo zasypywała swoich rozmówców uszczypliwymi uwagami, które dawały do myślenia*. Podczas kilku pierwszych spotkań Pani Ming z narratorem, z jej ust padają pojedyncze zdania, dające być może do myślenia, ale jednocześnie takie, o których w gruncie rzeczy szybko się zapomina. Dopiero bliższe jej poznanie, dłuższe rozmowy, a raczej pozwolenie na to, by pani Ming prowadziła swój monolog, pozwala przyjrzeć się dokładnie życiu jej i jej dzieci oraz spojrzeć na realia Chin, które nadal nie są zbyt łaskawe dla kobiet, odbierając im chociażby prawo decydowania o tym, jak liczne chciałyby mieć potomstwo.
Pani Ming się jednak udało. Z przyjemnością i dumą opowiada o swoich dzieciach, których ma aż… dziesięcioro! I choć, podobnie jak narrator, czytelnik będzie wyczuwał w tych historiach odrobinę kłamstwa, to jednak magia jej opowieści sprawi, że bardzo zechcemy w nie uwierzyć.
Tajemnica pani Ming, to kolejna powiastka wpisująca się w cykl Opowieści o Niewidzialnym, czyli utworów, w których posługując się niewielką formą, Schmitt stara się przekazać wiele treści. Z przyjemnością mogę napisać, że i tym razem mu się udało, choć początkowo nie byłam przekonana. Wydawało mi się, że z mądrości pani Ming, wypowiadanych gdzieś tam pod nosem, w pośpiechu, w roztargnieniu może, nie wyniknie nic poza kilkoma złotymi myślami, które co niektórzy czytelnicy mogliby zapisać sobie w notesie. A jednak, gdy zaczęła mówić o swoich dzieciach, cała opowieść, nabrała nowego, znacznie głębszego znaczenia.
To historia o sile marzeń. Nawet tych niespełnionych, które pielęgnowane przez lata, urastają w końcu do takich rozmiarów, że sami zapominamy o tym, jak było naprawdę. O nadziei i pragnieniach, które pozwalają nam przetrwać w chwilach największego zwątpienia. O wolnym wyborze, którego na co dzień wcale nie dostrzegamy, a który doceniamy dopiero wtedy, gdy zostaje, lub może zostać, nam odebrany. Schmitt z łatwością też pokazuje, że dla tych, których kochamy, jesteśmy w stanie zrobić bardzo wiele, może nawet posunąć się do kłamstwa. Albo zwyczajnie ubarwić prawdę. Bo czym jest prawda? Może to tylko kłamstwo, które podoba nam się najbardziej*?
Tajemnica pani Ming nie zajmie wiele czasu, tak naprawdę można ją przeczytać w godzinę, ale to też jedna z tych książek, do których prędzej, czy później, zechcę wrócić. I może odkryję w niej jeszcze coś innego…
Éric-Emmanuel Schmitt, Tajemnica pani Ming, Kraków, Wydawnictwo Znak, 2014
*s. 6
**s. 70