Tylko kochankowie przeżyją to film o wampirach, jakiego chyba jeszcze nie było. On – Adam (Tom Hiddleston), znakomity muzyk strzegący własnej prywatności, żywiący ogromną niechęć do gatunku ludzkiego, pogrążony w depresji, miotający się pomiędzy życiem, które powoli traci dla niego jakikolwiek sens, a zaserwowaniem sobie drewnianej kulki prosto w serce. Ona – Eve (Tilda Swinton), urocza wampirzyca, czytająca książki z prędkością światła, pogodzona z życiem wiecznym i całkiem z niego zadowolona, a przynajmniej starająca się czerpać z kolejnych dni to, co dla niej najlepsze. Postać, która będzie się starała odwieść swego kochanka od popełnienia nieodwracalnej głupoty.  

Najnowsze dzieło Jima Jarmuscha nie trafi do każdego. Wielu pewnie uzna je za nudne. I faktycznie trudno nie zauważyć, że przez dwie godziny na ekranie nie dzieje się właściwie nic. Dwoje zakochanych wampirów snuje się wte i wewte, kładzie się skoro świt, wstaje, gdy tylko zapada zmierzch, próbuje w pełni cywilizowany sposób zdobyć pożywienie, czasem urządzając sobie małe przyjemności w postaci przejażdżki zaniedbanymi ulicami Detroit. Nie uświadczymy zawrotnego tempa, nie będzie punktów kulminacyjnych, ani zaskakujących zwrotów akcji i właściwie niewiele nas zaskoczy. A jednak… jednak siedziałam przez cały czas, od samego początku, aż do pojawienia się napisów końcowych, jak urzeczona, wzroku nie mogąc oderwać od ekranu, niemal chłonąc wszystko to, co przewijało się przed moimi oczami. I żałuję tylko, że epizod z udziałem siostry Evy – Avy (w tej roli znakomita Mia Wasikowska) trwał tak krótko, bo nie tylko bardzo przyjemnie się na nią patrzyło, ale przede wszystkim stworzyła ona piękny kontrast z dwójką aktorów, obsadzonych w głównych rolach, wprowadzając do całości odrobinę świeżości i młodzieńczej energii. 

Film Tylko kochankowie przeżyją uwodzi niepowtarzalnym klimatem, a odtwórcy głównych ról po prostu czarują. Z ogromną przyjemnością oglądałam snujących się bez większego celu Adama i Eve. Z przyjemnością obserwowałam chemię, jaka wytworzyła się pomiędzy nimi, za sprawą niewątpliwie ogromnych umiejętności aktorskich Swinton i Hiddlestona. Powolne tempo, pozwalające na złapanie głębokiego oddechu, dbałość o szczegóły, dogranie wszelkich elementów, idealne skomponowanie obrazu z muzyką dają wrażenie przemyślanej i dopracowanej całości. Jarmusch pozwala na chwilę zwolnić, a może i zatrzymać na te dwie godziny i upajać jego dziełem, tak jak Adam i Eve upajają się kieliszkiem świeżutkiej krwi. Ja wyszłam z kina w pełni usatysfakcjonowana. I z ogromną przyjemnością obejrzę ten film raz jeszcze, gdy pojawi się na DVD, w zaciszu własnego domu, ciekawa, czy ponowny seans dostarczy mi nowych wrażeń, czy też zostanie odarty z całego wdzięku pierwszego razu i zwyczajnie mnie znudzi.  

Recenzja opublikowana na dlalejdis.pl