Dziewczyna z Ajutthai. Niezbyt grzeczna historia trafiła do mnie właściwie przypadkiem. I uczciwie przyznać trzeba, że nie był to przypadek zbyt szczęśliwy, przynajmniej nie dla książki, która w mojej ocenie wypada niestety dość słabo, choć pomysł na nią był niewątpliwie całkiem dobry.

Joanna, główna bohaterka debiutanckiej powieści Agnieszki Walczak-Chojeckiej, ma 34 lata, w miarę ułożone życie i, co najważniejsze, dobrze płatną i przynoszącą, przynajmniej pozorną satysfakcję, pracę. Nic więc dziwnego, że strata tej pracy, zmusza ją do całkowitego przewartościowania swojego życia, otworzenia oczu na to, co naprawdę ważne i dostrzeżenia tego, co daje jej nie tylko pozorną, ale i prawdziwą radość. Wszystko zaczyna się więc całkiem nieźle. Myślimy, że to może być dobra historia o poszukiwaniu swojego miejsca w życiu, do tego dostajemy zapowiedź podróży do Tajlandii. Podróży, nie tylko fizycznej, ale przede wszystkim mentalnej, której wątek można byłoby wykorzystać tak, aby zrobić z tej powieści coś naprawdę wartościowego, przyciągającego uwagę, coś, co bez wahania mogłabym polecić bliższym i dalszym znajomym. 

Niestety, Dziewczyny z Ajutthai polecić nie mogę. To, co szczególnie mi przeszkadzało, to zbyt duże nagromadzenie wątków, które, jeśli by je odpowiednio rozwinąć, mogłyby nadal stworzyć coś dobrego, ale potraktowane po macoszemu, dają wrażenie zbyt wielkiego chaosu. Akcja pędzi na łeb, na szyję, a to co dostajemy, to właściwie bardziej migawki, niż całościowy obraz. Mam wrażenie, że autorka nie do końca miała pomysł na rozwinięcie fabuły, że raczej pozwoliła sobie na pełną improwizację i ok, to też czasem może wyjść całkiem nieźle, czasem nawet znacznie lepiej, niż trzymanie się z góry wyznaczonego planu. Tyle, że nie tym razem. Dziewczyna z Ajutthai wydaje mi się zupełnie nieprzemyślana. Mam wrażenie, że Walczak-Chojecka wrzuciła tu po prostu wszystkie pomysły, jakie tylko przyszły jej w trakcie pisania do głowy, nie dbając zupełnie o to, czy całość ma ręce i nogi. To też niestety pociągnęło za sobą błędy logiczne SPOJLER (np. to, że Krzysztof przychodzi odebrać Joannę z lotniska, z bukietem kwiatów oczywiście, mimo tego, że pięć stron wcześniej ta z powodu spóźnienia na swój lot, przełożyła powrót do kraju o dzień do przodu, o czym Krzysztof raczej nie mógłby się dowiedzieć, bo od wielu dni w żaden sposób nie mógł się skontaktować z Joanną. Jej telefon milczał, a SMS-y trafiały w próżnię*) KONIEC SPOJLERA.

Nie przemówiły do mnie również liczne szczęśliwe zbiegi okoliczności. Ok, to się czasem dzieje w życiu. Jestem naprawdę w stanie uwierzyć, że kobieta po trzydziestce może spotkać niewidzianego przez całe lata kolegę z podstawówki, który zechce jej pomóc, ale już to, że przy grzańcu cytuje fragmenty jej szkolnych opowiadań, za które dostawała nagrody**, jest moim zdaniem zbyt mocno przesadzone.

Całość napisana jest dość sprawnie i na tyle lekko, że przez książkę mknie się z prędkością światła (co, jak już pisałam, niekoniecznie należy do plusów), ale niestety, autorka nie uniknęła kilku, przynajmniej w mojej ocenie, wpadek, które sprawiły, że zwyczajnie palnęłam sobie książką w łeb. Przykładowo taki dialog:

– Nie, nie lubię napranych. Poszedłem spać. Rano się budzę, a tu draka. Przylatuje recepcjonista, żebym pomógł ratować sytuację, bo Niemiec swojej babki szuka. Od razu się domyśliłem, gdzie jest. Wchodzę do pokoju Hrabiego, a tam leżą, ona i mój kumpel w barłogu, golutcy, jak ich Pan Bóg stworzył. No i wtedy to ujrzałem… Mówię ci, czegoś takiego w życiu nie widziałeś – zawiesił głos.

– Co, pewnie włochata była? – dopytywał Krzysztof.

– Nie, bobra miała normalnego. No, może był tylko trochę rudy, ale sutki… mówię ci, taaaakie wyraziste! Sterczały pięknie jak antenki. Coś niebywałego…*** 

Albo sceny erotyczne, z naprawdę niesamowitymi porównaniami:

Był delikatny, a zarazem stanowczy, brał ją w posiadanie najpierw na kuchennym stole, a potem na dywanie w bordowe wzorki. Prężyła się, wyginała ciało na kształt mostu przerzuconego nad rwącym potokiem, aż w końcu pozwoliła, by ożywcze soki wypełniły jej wnętrze.**** 

Do tego wszystkiego mocno zastanawia mnie podtytuł książki, czyli Niezbyt grzeczna historia, bo doprawdy nie wiem co mogłoby w niej być niegrzecznego, czy chociażby szokującego na tyle, by niegrzeczną ją nazwać.

Generalnie podoba mi się sam pomysł na książkę, podoba mi się przesłanie, jakie z niej płynie, nie podoba mi się za to wykonanie i sposób poprowadzenia fabuły. Szkoda, że Walczak-Chojecka nie do końca potrafiła wykorzystać potencjał, drzemiący w tej historii. Szkoda, że nie skupiła się bardziej na motywie podróży, albo i na samej Tajlandii, jej kolorach, smakach, zapachach. Można było to wykorzystać, a powstała tylko kolejna powieść, która nie wnosi właściwie nic nowego, ani niczym nie zaskakuje.

Agnieszka Walczak-Chojecka, Dziewczyna z Ajutthai. Niezbyt grzeczna historia, Warszawa, Drugie piętro 2013

*s. 188

*s. dokładny fragment znajduje się na stronie 83

***s. 144-145

****s. 205