Zaczyna się niepozornie. Ot, Jarosław Sucharski, bogaty pośrednik w obrocie dziełami sztuki, dowiadując się o bliskiej śmierci, postanawia sam zdecydować jak będzie ona wyglądać. Skrupulatnie wszystko planuje, dopina na ostatni guzik i zwyczajnie popełnia samobójstwo. No właśnie… czy zwyczajnie? Po przyjeździe policji na miejsce zabójstwa okazuje się, że istnieją pewne szczególiki wskazujące na to, że Sucharski wcale nie zabił się sam.
I tu do akcji wkracza jego córka. A właściwie pięć córek, które nie miały pojęcia o swoim istnieniu. Pięć Natalii Sucharskich, kobiet o tym samym imieniu i nazwisku, co by się tatusiowi przypadkiem nie myliło. Kobiet, które zdecydowanie mają prawo być na tatusia wściekłe. Do tego dochodzą rezolutne wnuki Sucharskiego, pełen niepewności komisarz Potocki i jego kompan oraz kilka innych barwnych postaci. A także dom w Mechlinie skrywający różne tajemnice. No i zaczyna się… prawdziwa jazda bez trzymanki.

Natalie są absolutnie niesamowite i stanowią z pewnością największy atut tej powieści. Osobno to zwykłe, przeciętne kobiety. Zimna bizneswomen, nieco zamknięta w sobie maturzystka, rozwódka z dwójką dzieci, słodziutka dziennikarka żyjąca z mężczyzną, do którego od dawna nic nie czuje, nastolatka z mrocznym obliczem. Nic specjalnego, prawda? Prawda. Osobno to nic specjalnego, ale razem… Razem stanowią prawdziwą mieszankę wybuchową. Choć teoretycznie wszystkie siostry Sucharskie noszą to samo imię i pod względem charakterków są nawet całkiem podobne, a przynajmniej na pewno posiadają kilka cech wspólnych, to nie da się jednej z drugą pomylić. Każda z sióstr jest tak charakterystyczna, tak wyróżniająca się na tle innych, że byłabym je w stanie rozpoznać, nawet gdyby autorka zrezygnowała z drugich imion, którymi Natalie, chcąc nie chcąc, musiały zacząć się posługiwać w celu identyfikacji i lepszej komunikacji, nie tylko z otoczeniem, ale i między sobą. Jedno jest pewne. Nie da się z nimi nudzić, a momentami ciężko i złapać oddech, jeśli chcemy nadążyć za ich tokiem myślenia i szalonymi pomysłami (na czele z tym, żeby w podłodze na środku kuchni wyłupać sobie wielką dziurę, no ale przecież to ich kuchnia i nikomu nic do tego, prawda?).
Tak naprawdę same bohaterki mają tak wielką siłę rażenia, że pewnie gdyby była taka potrzeba, mogłyby uratować nawet najgorszą powieść. Ale tej potrzeby nie było, bo książka Natalii 5 jest świetna też pod każdym innym względem. Doskonale skonstruowana fabuła, wciągająca, zmuszająca do uruchomienia swoich szarych komórek (przez co też może trochę szybciej niż bohaterki wpadłam na to, co i jak), naturalnie wypadające, wiarygodne dialogi, kapitalni bohaterowie drugoplanowi, nieźle stopniowane napięcie, doskonałe miejsce akcji, a przy tym wszystkim naprawdę mnóstwo, mnóstwo humoru i dobrej zabawy… Oooch, czy ja Was jeszcze nie przekonałam?
Co tu dużo mówić? Kocham siostry Sucharskie, naprawdę i szczerze, ale… na odległość. W prawdziwym życiu spotkać bym ich chyba nie chciała. Są nie do przegadania, więc to byłaby prawdziwa jazda. I to na dodatek bez trzymanki, choleres.
Olga Rudnicka, Natalii 5, Warszawa, Prószyński i S-ka 2011.