Blogów jest na pęczki. Blogów kulinarnych jest na pęczki. Zresztą, wiele z nich obserwuję, co rusz dodaję jakieś nowe i choć z większości przepisów nie korzystam i pewnie nigdy nie skorzystam, to obok blogów książkowych, jest to moja ulubiona kategoria. Blogów filmowych… no cóż, tych jest pewnie trochę mniej niż na pęczki (choć pewna nie jestem), nie zmienia to jednak faktu, że blogów kulinarno-filmowych jest naprawdę niewiele.

From movie to the kitchen został Blogiem Roku 2012. Dla niektórych to pewnie nic nie znaczący tytuł, dla innych wyróżnienie lepsze niż awans w pracy, dla mnie nagroda, na którą Paulina Wnuk w pełni zasłużyła, tworząc coś naprawdę niezwykłego.
Ile to razy oglądając ulubiony film lub serial mieliśmy ochotę zasiąść przed telewizorem z talerzem wypełnionym dokładnie tym, czym zajadają się postacie z ekranu? Mnie za każdym razem cieknie ślinka, gdy w Big Bang Theory ukazują się pudełka z chińszczyzną! ;))
Dzięki Kuchni Filmowej możecie włączyć sobie Dziennik Bridget Jones i wraz z główną bohaterką zjeść niebieską zupę porową. Albo razem z Harrym Potterem przechylić szklaneczkę z piwem kremowym. Lub też upić się cosmopolitanem w towarzystwie Carrie Bradshaw. Niemożliwe? A jednak!
Przepisy podzielone zostały tematycznie, ale tym razem nie według rodzaju potrawy, tak jak zostaliśmy przyzwyczajeni, ale według gatunków filmowych. Tak więc mamy dania występujące w filmach miłosnych, komediach, filmach fantasy, dramatach, filmach animowanych, filmach familijnych, filmach gangsterskich/kryminalnych/sensacyjnych, filmach polskich (nie do końca rozumiem czemu dostały one osobną kategorię, ale niech będzie) oraz thrillerach. Do tego, żeby się nie pogubić, otrzymujemy też indeks potraw, niestety alfabetyczny, nie tematyczny, ale to mały minus, więc powiedzmy, że się nie czepiam.
Przed każdym z przepisów znajduję się także kadr z filmu, z którego dane danie pochodzi oraz krótka notka na jego temat, co stanowi miłe urozmaicenie. W ogóle cała książka jest ślicznie wydana, na widok fotografii, które w niej znajdziemy cieknie ślinka, no i co dla mnie najważniejsze, naprawdę nie ma obaw, że po kilkakrotnym wykorzystaniu Kuchni filmowej we własnej kuchni wszystkie kartki zaczną fruwać.
Póki co (mimo wielkich chęci i zakupu składników do pewnego pięknie wglądającego ciacha) udało mi się przygotować tylko domowe masło orzechowe (Joe Black) oraz gorącą czekoladę z piankami (Holiday), choć w tym drugim przypadku przepis będę musiała nieco zmodyfikować, zmieniając proporcje czekolady mlecznej i gorzkiej, bo wyszło zdecydowanie zbyt słodko.


[oczywiście moim zdjęciom wiele brakuję do tych, które znajdziemy w książce, ale ciiii!]
W najbliższych planach mam tartę czekoladową Minny i smażonego kurczaka (Służące), amerykańskie naleśniki oraz ciasto czekoladowe pani Trunchbull (Matylda), no i koniecznie muffiny z borówkami (Gotowe na wszystko), bo jestem zagorzałą fanką muffinek wszelakich, nieważne czy podawanych na słodko czy wytrawnie. Resztę przepisów pewnie prędzej czy później też będę chciała wypróbować. Najważniejsze jest to, że wszystkie, przynajmniej po przejrzeniu, wydają się naprawdę banalnie proste, a wykorzystane składniki, powinniśmy bez problemu dostać w każdym sklepie.
Szkoda, że w ksiażce znalazło się zaledwie 49 przepisów, ale… w końcu pozostaje jeszcze blog From movie to the kitchen, który śledzę na bieżąco. Wam też radziłabym go dodać do ulubionych, zakładając oczywiście, że jeszcze go tam nie macie.
Paulina Wnuk, Kuchnia filmowa, Kraków, Wydawnictwo Otwarte 2013.