– Sądzę, że każdy ma jakiś Błękitny Zamek – rzekła półgłosem Cissy. – Tylko każdy go po swojemu nazywa.*

Jeśli choć raz zrobiłaś cokolwiek wbrew sobie, tylko dlatego, że wymagało tego od Ciebie najbliższe otoczenie, to zdecydowanie powinnaś przeczytać tę książkę. Jeśli natomiast jesteś w stanie znaleźć w sobie na tyle odwagi, żeby, przynajmniej raz kiedy, porządnie tupnąć nogą i temu otoczeniu się postawić, cóż, zdecydowanie powinnaś ją kupić.

Valancy Stirling była jedną z tych dziewcząt absolutnie podporządkowanych rodzinie. Co mamunia powiedziała, to Valancy robiła, choćby mamunia głosiła poglądy zupełnie od czapy. Dodatkowo stłamszona tym, że w wieku dwudziestu dziewięciu lat, nadal nie ma męża, i nic nie wskazuje na to, by coś się w najbliższym czasie zmieniło, zawsze grzecznie spuszczała głowę i robiła to, czego się od niej wymagało. Od czasu do czasu uciekając tylko do swojego Błękitnego Zamku. I pewnie robiłaby tak… no tak, aż do śmierci, gdyby nie to, że śmierć okazała się całkiem bliska. A skoro zostało jej zaledwie kilka miesięcy, to czemu by się miała w końcu nie postawić? Nie przekonać się, choćby przez ten krótki czas, jak to jest żyć pełnią życia?

Sama Valancy Stirgling jest absolutnie cudowną bohaterką. Skradła moje serce już właściwie na pierwszych stronach i zostanie w nim na zawsze. Nie sposób nie uśmiechnąć się przy jej narracji, bo jest tak zabawna i zabawnie ironiczna, a momentami też zabawnie naiwna, że po prostu trzeba. Trzeba to czytać z wielkim bananem na twarzy. 

Błękitny zamek to urocza opowieść o miłości, takiej trochę nieświadomej, budzącej się do życia bardzo spokojnie i leniwie, po to, by uderzyć w końcu z tak ogromną siłą, że może wywołać tylko szok u obydwu zainteresowanych osób, a także w najbliższym otoczeniu. Ale to też powieść o tym, jak ważne jest bycie sobą, przeżycie własnego życia po swojemu, a przede wszystkim właśnie przeżycie go, a nie tylko wegetowanie, przyjmowanie wszystkiego, co nam każą ze spuszczoną głową i spełnianie oczekiwań najbliższych, bez zastanowienia się nawet nad tym, czego my sami byśmy pragnęli.

Wspaniale, że wydawnictwo Egmont, postanowiło wznowić tę książkę. Wspaniale, że znalazła się ona w końcu na mojej półce. Myślę, że to będzie jedna z tych powieści, do których jeszcze nie raz, nie dwa wrócę. Jeśli nie dla przeczytania całości, to chociaż tych kilku, wybranych i skrupulatnie pozaznaczanych fragmentów.

Chyba nie muszę dodawać, że z całego serca polecam?

Lucy Maud Montgomery, Błękitny zamek, Warszawa, Wydawnictwo Egmont 2013.

*s. 114