Jaga to kobieta sukcesu. Zimna, bezwzględna i z niecierpliwością wyczekująca każdego kolejnego awansu. Odcinająca się czym prędzej od ludzi, którzy mogliby w jakikolwiek sposób stać się jej bliscy. Absolutna wyznawczyni zasady: jesteś miła dla zwierzchników, którzy cię gnoją, i gnoisz podwładnych, którzy są dla ciebie mili*. No cóż, żyłaby sobie w tym swoim gniewie i udawaniu, że wszystko jest tak, jak powinno i jak najbardziej w porządku, gdyby nie okrutna diagnoza, która wyszła na jaw przy okazji przypadkowych badań. Glejak mózgu i… wizja maksymalnie kilku miesięcy życia.
Nic dziwnego, że po usłyszeniu takich rewelacji Jaga postanawia rzucić pracę, oddać wymuskane mieszkanko pod opiekę przyrodniego brata, spakować manatki i uciec do rozpadającej się rudery gdzieś na Roztoczu.

Jest momentami słodko. To nie tak, że Bulicz-Kasprzak udaje się unikać słodyczy i banału. Tyle, że ta słodycz nie jest mdła, a banał… no cóż, nie jest banalny. Serio. Mamy tu na przykład tak dobrze znany motyw ucieczki na wieś. Motyw wykorzystywany u różnych autorów, na różne spodoby, tak często, że niektórych krew zalewa na samo wspomnienie o nim. Tyle, że u Bulicz-Kasprzak jest odrobinę przewrotnie. Ucieczka na wieś jest. Ale to nie jest ucieczka od codzienności i nie po to, by zacząć swe życie na nowo. Nie. Jaga ucieka, żeby to życie zakończyć. I to zakończyć w spokoju, z dala od bliskich, którzy zresztą nigdy bliskimi nie byli.
Jak we wszelkich tego typu opowieściach pojawia się też ten piękny, tyle, że… tym razem do piękności trochę mu brakuje, strasznie działa Jadze na nerwy, a przy okazji z góry wiadomo, że nic poza niezobowiązującym seksem z tego nie wyjdzie, no bo halo!, Jaga przecież żegna się z tym ludzkich łez padołem.
Przy tych wszystkich niebanałkowych banałkach jest u Bulicz-Kasprzak zabawnie i ironicznie. Na tyle, że naprawdę nie da się tej książki czytać bez uśmiechu na twarzy. Jagę polubiłam od pierwszych stron, choć nie da się ukryć, że to straszna zołza. Ale zołza jednak z sercem wielkim, choć zamkniętym szczelnie na cztery spusty. No i te gadające zwierzaki… one muszą zachwycić. Wiem, że serce wielu blogerek zdobyła mysz, a ja myślę, że i Azor i Maurycy są równie godni uwagi. Może zresztą najbardziej kochany, dostojny Maurycy. Ale ja od zawsze mam słabość do kotów.
Zgodnie z podtytułem Nalewka zapomnienia to taka bajka dla dużych dziewczynek i właśnie z takim nastawieniem trzeba do niej pochodzić. Nie ma co doszukiwać się tu drugiego, trzeciego czy czwartego dna ani żadnych prawd objawionych, może poza tą jedną: twoje życie jest tylko twoje i ty decydujesz czy chcesz, by było szczęśliwe. Inni ludzie mogą ci pomóc lub starać się za wszelką cenę przeszkodzić, okoliczności mogą sprzyjać lub nie, ale od ciebie tylko zależy czy wykorzystasz te sprzyjające czy będziesz siedzieć, czekając na to, co złe. Też banalne, prawda? Tylko czemu tak często o tym zapominamy?
Lubię styl Bulicz-Kasprzak. Ciężko mi ją jeszcze nazwać jedną z ulubionych autorek, w końcu to dopiero druga powieść, ale jestem pewna, że jeśli jej kolejne książki będą równie dobre, to szybko na tą moją osobistą listę wkroczy. Póki co, ma u mnie wielki kredyt zaufania, a na kolejną książkę, czekam z ogromną niecierpliwością. Oby nie zawiodła.
Kasia Bulicz-Kasprzak, Nalewka zapomnienia, czyli bajka dla nieco starszych dziewczynek, Warszawa, Nasza Księgarnia 2013.
*s. 267