Tytułowe Ewy są trzy. Właściwie były, bo jedna z nich, pierwsza żona Adama, od kilku lat nie żyje. Druga jest córką, trzecia drugą żoną. Czy nie za bardzo się zapętlam? W każdym razie, to właśnie trzecia stała się główną bohaterką powieści Moniki Orłowskiej. To właśnie jej zmagania z codziennym życiem będziemy podczas lektury obserwować. To jej spięciom z przybraną córką będziemy się przyglądać, jej marzenia będziemy żegnać wraz z nią i razem z nią, choć to może nieetyczne, będziemy czekać na pewien rodzaj wyzwolenia, obserwując jak dzień za dniem, powtarzając dokładnie te same czynności, opiekuje się sparaliżowaną teściową, przy czym nie pomaga jej nikt, a już na pewno nie mąż, którego wiecznie nie ma w domu. Zajęty swą pracą (i zapewne nie tylko), zdaje się dostrzegać tylko potknięcia żony, nie zwracając uwagi na jej codzienny trud i wysiłek, nie przejmując się zupełnie tym, z czego musiała zrezygnować, nie zauważając, że uśmiech coraz rzadziej gości na jej twarzy. 

Sama opieka nad sparaliżowaną teściową staje się tylko pretekstem, punktem wyjścia do opowiedzenia o szczęściu rodzinnym i małżeńskim, o tym, czego od życia oczekujemy i jak (nie)wiele wiemy o osobach, które kochamy. Czy też kiedyś kochałyśmy. 

Ewa w pewnym momencie musiała zrezygnować z własnych marzeń, z własnych ambicji, robiąc to w imię miłości. Miłości, która, poniekąd z definicji, powinna dawać radość, szczęście i siłę, by zmagać się z życiowymi trudnościami. W pewnym momencie z ust jej pasierbicy padło bardzo ważne pytanie: A ty? Jesteś szczęśliwa z ojcem?*, sprawiające, że nie tylko bohaterka, ale i czytelniczka musi zacząć zastanawiać się nad szczęściem Ewy, ale i przede wszystkim swoim własnym.

Orłowska w swej powieści właściwie nic nie wyjaśnia, nie rozwiewa żadnych wątpliwości rodzących się w trakcie czytania, nie daje prostych odpowiedzi, zostawia otwarte zakończenie, zmuszając nas do dobudowania sobie własnej wersji. To sprawia, że przygoda z Adamem i Ewami nie kończy się wraz z przewróceniem ostatniej strony, a o bohaterach myślimy jeszcze jakiś czas po zakończeniu lektury. Z drugiej strony te niedomówienia mogą pozostawiać pewien niedosyt. Choć czy naprawdę wolałybyśmy dostać cukierkowy happy end? 

To do czego mogłabym się przyczepić, to wstawki religijne i nawiązania do tragedii smoleńskiej. Nie przeszkadzają one co prawda aż tak bardzo, ale są na tyle widoczne, że nie każdemu mogą się podobać, a mnie momentami odrobinę drażniły. Ale to zaledwie mały minus, przy reszcie plusów mógłby więc pozostać niezauważony.

Monika Orłowska, Adam i Ewy, Zakrzewo, Wydawnictwo Replika 2012. 

*s. 134