W wieku sześćdziesięciu lat przeprowadziliśmy się do obcego kraju, o odmiennej kulturze, gdzie mówiło się w całkowicie innym języku*. 

Tym jednym zdaniem można by podsumować książkę Nialla Allsopa. Można by też było pociągnąć to dalej i nadal posługując się słowami autora napisać po prostu:

Nie jest to […] ani historia o odnawianiu opuszczonego domku na wsi, przywracaniu do życia starej winnicy, przeszczepianiu drzew oliwkowych, hodowli zwierząt, udziale w tradycyjnym świniobiciu i o rodzinnych, letnich dniach spędzanych z dziećmi bawiącymi się wśród pól kukurydzy, ani inna romantyczna opowiastka stanowiąca zazwyczaj fabułę tego rodzaju książek. Nasza opowieść jest prosta. Dwoje angielskich emerytów próbuje przystosować się do nowego życia w Kalabrii, w małym mieście położonym na wzgórzu, gdzie nie ma innych anglojęzycznych mieszkańców.* 

Historia może i faktycznie prosta, choć samo przedsięwzięcie już wcale proste nie było. I podczas lektury, wielokrotnie byłam pełna podziwu dla tej dwójki emerytów, którzy zdecydowali się na tak wielką zmianę, znając Santa Severinę właściwie tylko za sprawą wakacyjnych wypadów.

Skrobiąc czubek włoskiego buta zostało podzielone na trzy części. Pierwsza z nich to opis przygotowań do przeprowadzki, załatwianie transportu, rezygnacja z pracy i zamykanie wszystkich angielskich spraw. Druga poświęcona jest temu, co działo się po przybyciu Nialla i Kay na miejsce, a więc załatwianiu wszelkich niezbędnych papierków, szukaniem odpowiedniego domu i powolnemu przyzwyczajaniu się do nowego miejsca zamieszkania, a także ludzi wśród których przyszło im żyć. Wreszcie ostatnia, moim zdaniem najciekawsza i jednocześnie zdecydowanie za krótka, część to opis miejscowych zwyczajów, a więc co nieco o świętach, o języku, o piciu i jedzeniu, a chyba przede wszystkim o ludziach, bo ludzie w ogóle we wspomnieniach spisanych przez Allsopa są najważniejsi. Co zresztą bardzo mocno widać, jeśli przyjrzymy się podziękowaniom umieszczonym na samym początku.

Zdecydowanie zbyt wiele miejsca zostało poświęcone kwestii przygotowania do podróży i załatwianiu niezbędnych dokumentów już po znalezieniu się we Włoszech. To wszystko może być interesujące dla osób, które faktycznie chciałyby się przeprowadzić, ale mnie czytanie o poszukiwaniu odpowiedniego domu, załatwianiu włoskich dokumentów, przerejestrowywaniu samochodu, zmianie prawa jazdy czy załatwianiu ubezpieczeń zwyczajnie nudziły. Zbyt mało w tym wszystkim było samej Santa Severiny, zbyt mało magii Włoch (choć może o to właśnie chodziło?). I choć ostatnia część zawiera informacje o ludziach zamieszkujących to miasteczko, polityce w nim panującej, jedzeniu, świętach czy tradycjach, to dla mnie były to informacje zdecydowanie zbyt krótkie, zbyt lakoniczne, bym mogła poczuć klimat Kalabrii. A tego przecież chciałam.

Od książek tego typu oczekuje, że w trakcie czytania na policzkach poczuje delikatne promyki włoskiego słońca. Że fabuła zawładnie mną na tyle, bym mogła zapomnieć o tym, co wkoło. Dlatego uparcie po nie sięgam. W poszukiwaniu tego, czego nie mogę zobaczyć i doświadczyć na własnej skórze. Przy czytaniu Skrobiąc czubek włoskiego buta nie czułam właściwie nic, może poza wspomnianym wcześniej podziwem dla autora i jego żony oraz… kilkoma chwilami znużenia, których z pewnością poczuć nie chciałam.

To dobra książka, nieźle napisana, w pewien sposób wyróżniająca się na tle innych tytułów o Włoszech, z których większość to historie o tym, jak wyjechałam, znalazłam prawdziwą miłość i odmieniłam swoje życieByć może nawet dla niektórych okaże się wciągająca. Mnie zabrakło tajemniczego tego czegośTego, co za każdym razem znacząco wpływa na mój odbiór, a co nadal tak ciężko mi zdefiniować.

Recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

Nial Allsop, Skrobiąc czubek włoskiego buta, Łódź, Wydawnictwo Feeria 2013.

*s. 243

*s. 71