Podanie ręki, przytulenie albo całus, wpatrzone oczy albo niepewnie spuszczone, obojętność. Z różnych powodów się czeka, chociaż czeka się zawsze tak samo.*
Różne odcienie miłości i samotności przedstawione z męskiej perspektywy robią niesamowite wrażenie. Połączone z chorobą głównej bohaterki sprawiają, że trzeba się w tą powieść zatopić. I to na tyle mocno, by w pewnym momencie poczuć na sobie jej szaleństwo.

Arek wciąż nie może pogodzić się z odejściem żony. Tęskni, nie potrafi stworzyć stałego związku, nie umie odnaleźć się w relacjach z innymi kobietami. W radzeniu z samotnością ma mu pomóc terapia, na którą zaczął chodzić właściwie zaraz po rozwodzie. Także godzinne sesje z panią Ewą pozwalają mu na zrozumienie determinującego wpływu jego dzieciństwa na resztę życia. Zbyt wczesne odejście ojca, którego Arek nadal nie potrafi zrozumieć, silna, dominująca osobowość babki, wiecznie wycofana matka. Jak miałby się w tym wszystkim odnaleźć?
Pewnego dnia, zaraz po sesji, zostaje zaczepiony przez kobietę, pacjentkę własnej terapeutki, dla której w krótkim czasie straci głowę…
Justa cierpi na pograniczne zaburzenie osobowości, wahania nastrojów to u niej norma i właściwie nie da się przewidzieć, co w danej chwili może przyjść jej do głowy. Z koszul szpitalnych robi firanki, upija się do nieprzytomności, a ponad wszystko pragnie miłości, bezpieczeństwa i stabilizacji, której być może nigdy nie będzie jej dane osiągnąć. Wkrótce po pierwszym spotkaniu z Arkiem, Justa trafia do szpitala psychiatrycznego, co wcale nie oznacza końca ich związku.
Paradoksalnie to właśnie w szpitalu, odwiedzając swą partnerkę, Arek zdaje się odnajdywać tę namiastkę normalności, której brakuje mu na codzień, to właśnie wśród pacjentów ośrodka czuje się naprawdę dobrze.
Choć całość skupiona jest wokół dość specyficznego związku Arka i Justy, to jednak równie mocno uwagę przyciągają przyjaciele mężczyzny. Gośka, która wręcz obsesyjnie boi się stabilizacji oraz Michał, który w wyniku wypadku stracił swoją wielką Miłość i od tego czasu kobiety traktuje raczej jak zabawę, miły przerywnik smutnej codzienności. W każdej partnerce prędzej czy później potrafiąc znaleźć coś, co mu nie odpowiada. Jakąś maleńką rysę, czasem zupełnie nieistotną, która jednak sprawia, że za każdym razem odpuszcza. Obydwoje boją się czy też nie potrafią zaangażować w żaden poważniejszy związek.
Robert Rient momentami pisze z przymrużeniem oka, momentami śmiertelnie poważnie i czasami ciężko wyczuć, w którą stronę w danej chwili się przechyla, tak zresztą jak jego świetnie wykreowani bohaterowie. Przy tym wszystkim pisze też niezwykle ujmująco, z łatwością trafiając w sedno, tak, że miałam ochotę co rusz wypisywać sobie z jego powieści niezwykle celne cytaty.
Jeden z bohaterów Rienta uważa, że prawdziwe uczucie zdarza się tylko raz. To taka Miłość, po której każda następna musi się okazać mniejsza, taka, do której porównuje się wszystkie inne, przez co te wszystkie inne skazane są na porażkę*. Drugi twierdzi, że wszystko zależy od sposobu myślenia, przez co kochać można wiele razy. A ja? Ja wciąż się zastanawiam, który pogląd jest mi bliższy. I czy naprawdę w tym wszystkim chodzi właśnie o miłość…
Robert Rient, Chodziło o miłość, Katowice, Sonia Draga 2013.
*s. 228
*s. 138