Wiedziałam czego się spodziewać. Wiedziałam, że jeśli tylko odrobinę się wczuję Sensei i miłość będzie w stanie zapewnić mi chwilę oddechu, odrobinę wyciszenia i wyjątkowo pożądanego w ostatnim czasie spokoju. Bardzo tego potrzebowałam.

Dwoje ludzi, którzy kiedyś już się spotkali, ale nadal pozostają dla siebie zupełnie obcy. Dwoje ludzi pogodzonych ze swoją samotnością, przyzwyczajonych do niej, mających ją za najlepszego towarzysza. Pewnego dnia, popijając sake w barze pana Satoru składają identyczne zamówienie. I od tego czasu, samotność przestaje być ich najlepszym towarzyszem. […] przecież tyle lat przeżyłam z przyjemnością w pojedynkę. Co się ze mną stało?*
Miłość u Kawakami jest zarysowana tak subtelnie, że wystarczy chwila nieuwagi, by ją przegapić, zwłaszcza w tym początkowym stadium, gdy sama Tsukiko jeszcze nie wie, że kocha. To miłość zrodzona nie z pożądania, ale z przywiązania, z tęsknoty za obecnością tej drugiej osoby. Tak jak główna bohaterka coraz bardziej, coraz dotkliwiej zaczyna odczuwać każdą, najkrótszą nawet nieobecność Senseia, tak i ja coraz bardziej zaczynałam zachwycać się tym uczuciem, rodzącym się miedzy dwojgiem zupełnie obcych, zupełnie niepasujących do siebie osób, mającym charakter nie krótkotrwałego wybuchu, namiętności, szukającej ujścia w spełnieniu, ale czegoś krystalicznie czystego, stałego, czegoś, co daje poczucia bezpieczeństwa i trwania, choć nie jest może zbyt widowiskowe. To uczucie wyrażane całym sobą, bez zbędnych słów czy gestów.
Proza Kawakami jest dla mnie jak cisza, w której da się jednak usłyszeć wszystko. Brzęk kieliszka po brzegi wypełnionego sake, syk zdejmowanego kapsla, cichy szum fal i szept, do którego bohaterowie tak często zniżają głos. Może to, co najważniejsze da się wyznać tylko szeptem?
Hiromi Kawakami, Sensei i miłość, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B 2013.
*s. 200