Ilekroć myślę o powieści Jolanty Kwiatkowskiej, dochodzę do wniosku, że nazwa wydawcy, który wreszcie zdecydował się jej Przewrotność dobra opublikować, pasuje tu idealnie. 

Choć od zakończenia lektury minęło już kilka dni, nadal kłębi się we mnie milion myśli, więc może najłatwiej będzie zacząć od tego, co mi się nie podobało. A nie podobały mi się maile. Niepotrzebnie rozpraszały uwagę, odciągały mnie od właściwej historii, w którą coraz mocniej wsiąkałam, wprowadzały zamieszanie. Jednocześnie rozumiem ich znaczenie dla całości książki. Rozumiem, że bez nich to nie byłaby już ta sama historia. Rozumiem, że bez nich nie dałoby się tego opowiedzieć w taki sposób.


Pokochałam małą Dorotkę-idiotkę. Dorosła Dorota mnie uwiodła. Każda z nich ma w sobie coś, co przyciąga, co nie pozwala pozostać obojętnym na ich losy. Dorotka, młoda, niewinna, pozbawiona dzieciństwa, rodzinnego ciepła, bezpieczeństwa. Zdana na łaskę i nie-łaskę tego, który postanowił nauczyć ją dobra. Poniżana, niechciana, ośmieszana, szukająca schronienia w ciemnym, ciasnym miejscu, mogącym dać choć namiastkę tego, czego w całym jej dalszym życiu będzie brakować. Sprawiająca, że ma się ochotę ją przytulić. Dorotka, która mimo zagubienia, całe zło, jakiego doświadczyła analizuje, przetrawia i wykorzystuje będąc dojrzałą już kobietą. Stając się Dorotą. Wyniosłą, znającą swą wartość, potrafiącą wyreżyserować zachowanie znajomych i nieznajomych tak, by wszystko poszło po jej myśli. Dorota, opowiadająca swą własną bajkę, wywołująca podziw czytelnika, który przecież powinien jej zachowanie potępiać, zamiast się nim zachwycać. 

Ile bym o niej nie myślała, za każdym razem jestem coraz bardziej pewna, że cząstka Doroty tkwi w każdym z nas. Ile razy robiliście coś dobrego, robiąc to tylko z myślą o własnych korzyściach? Ja w trakcie lektury zaczęłam analizować własne zachowanie. Zaczęłam myśleć nad tym, jak często przekonana o tym, że wyświadczam komuś przysługę, tak naprawdę wyświadczam ją głównie samej sobie. Doszłam do przerażających wniosków.

Powieść Kwiatkowskiej wydaje się nierealna. Wiele w niej krzywdy, zbyt wiele smutku, za dużo dziwnych zbiegów okoliczności, które pozwalają Dorocie trwać. Jednocześnie to powieść tak bardzo prawdziwa, że aż boli. Bo zadziwiające jak bardzo ludzie są zamknięci na cudze nieszczęście. Jak bardzo starają się nie widzieć tego, co dzieje się za drzwiami innego domu. Jak bardzo, mimo oczywistych znaków, starają się nie dostrzegać krzywdy dziecka, nie wtrącać w życie innych, pomagać tak, by nie zaszkodzić samemu sobie. Bo przerażające jak bardzo jesteśmy podatni na wpływy czasem obcych nam ludzi, na ich manipulacje, jak dajemy sobą kierować, jak łatwo potrafimy ulec, gdy ktoś się do nas ładnie uśmiechnie czy przyjmie odpowiednią postawę. Wreszcie jak łatwo udaje nam się przedefiniować dobro i zło dla własnych korzyści, wedle aktualnych potrzeb.  

[Uwaga spoiler!]

Początkowo miałam autorce za złe, że mimo mojej ogromnej nadziei pozbawiła Dorotę happy endu. Po zakończeniu książki było mi tak strasznie smutno. Po przemyśleniu doszłam jednak do wniosku, że ten happy end przecież był. W końcu Dorotka dokonała tego, o czym od zawsze marzyła. Czy jej historia mogłaby się skończyć lepiej?

Jolanta Kwiatkowska, Przewrotność dobra, Słupsk, Wydawnictwo Dobra Literatura 2012.