Dotąd Macomber kojarzyłam wyłącznie z romansami, niekoniecznie z najwyższej półki. Biję się w pierś, obiecując, że nigdy więcej nie uprzedzę się do autora, tylko z powodu źle skojarzonego nazwiska.
Po lekturze byłam bardzo miło zaskoczona. Tak bardzo, że przez jakiś czas uśmiech nie schodził mi z ust, a w głowie dudniło tylko: a to niespodzianka!. Autorce, którą łączyłam z typowo harlequinowymi klimatami, udało się oczarować mnie swą powieścią. W Pensjonacie wśród róż wcale nie miłość na linii mężczyzna-kobieta okazała się najważniejsza.

Jo Marie Rose niedawno straciła męża, którym, po prawdzie, nie dane jej się było nawet nacieszyć. Nie mogąc znieść znajomych miejsc, pragnąć jak najszybciej odzyskać spokój ducha, za którym tak bardzo tęskni, postanawia porzucić dotychczasowe życie i przenieść się do Cedar Cove. Tam kupuje pensjonat, próbując zmienić go w bezpieczną przystań, nie tylko dla tych, którzy postanowią zatrzymać się w nim tylko na chwilę, ale przede wszystkim dla siebie samej.
Pierwszym z jej gości staje się Josh Weaver, który do rodzinnego miasteczka wraca po latach, z ogromną niechęcią i niemal z przymusu. Cedar Cove jest dla niego miejscem, które wspomina z niesłabnącą wściekłością. Wraca tylko po to, by przez moment zaopiekować się umierającym ojczymem. Ojczymem, który niegdyś bez żalu wyrzucił go z domu, wtedy gdy ten najbardziej potrzebował kogoś bliskiego.
Niemal jednocześnie z Joshem, do Różanej Przystani trafia Abby Kincaid. Ona też niechętnie wraca do miejsca, z którego swego czasu, wygoniły ją pewnie tragiczne wydarzenia. Gdyby nie ślub brata, który niefortunnie znalazł sobie żonę właśnie w Cedar Cove, Abby nigdy nie zdecydowałaby się przyjechać raz jeszcze do miasteczka napawającego ją tak ogromnym lękiem.
Pensjonat wśród róż to powieść skupiona na przebaczeniu. Przebaczeniu, nie tylko tym, którzy wyrządzili nam krzywdę, ale też samemu sobie. Co zdaje się zresztą znacznie trudniejsze. Z tym zmaga się przede wszystkim Abby, żyjąca z ogromnym poczuciem winy, złością, czy wręcz nienawiścią do siebie. Nie mogąc zapomnieć o tym, co zrobiła, nie potrafiąc sobie wybaczyć, coraz bardziej, coraz szczelniej, zamyka się na świat i ludzi. Jak długo można żyć w ten sposób?
Każdy z bohaterów Macomber stara się też na własny sposób poradzić sobie ze stratą kogoś ważnego, często najważniejszego. Mąż, rodzic, przyjaciel. Wiemy, jak ciężko jest nam ich pożegnać, choćby na krótką chwilę, jak więc poradzić sobie z utratą ich na zawsze?
Tytułowy Pensjonat wśród róż zdaje się więc być miejscem, w którym ludzie odzyskują spokój ducha, odnajdują dawno straconą radość życia, godzą się z tym, co nieuniknione. Aż chciałoby się mieć, gdzieś niedaleko, taką szczęśliwą przystań, w której można złapać oddech i, mimo niepowodzeń, znów podnieść wysoko głowę.
Nie obyło się może bez momentów kiczowatych czy zbyt ckliwych. Nie da się też ukryć, że Pensjonat wśród róż jest dość przewidywalny, ale Macomber pisze z lekkością, prowadzi historię tak, że książkę pochłania się z ogromną przyjemnością i sprawia, że na wszystkie mankamenty zwyczajnie przymyka się oko.
Recenzja opublikowana na dlalejdis.pl
Debbie Macomber, Pensjonat wśród róż, Kraków, Wydawnictwo Literackie 2013.