Mama, smoczek to pamiętnik z pierwszego roku życia Rumpelka, w którym Małgosia opisuje życie codzienne młodej mamy, często pozostawionej samej sobie. Zaczyna się niewesoło, bo od pierwszej ciąży głównej bohaterki, która zakończyła się poronieniem, ale… im dalej, tym weselej.
A przynajmniej chyba takie było założenie autorki. Wszystko pewnie miało być zabawne i trafiać do kobiet. Do mnie nie trafiło. Zmęczyło mnie to całe pisanie o kaszkach, smoczkach i szczepionkach. Zmęczyły mnie rozważania na temat szkodliwości kremów do pupy i wody z kranu. I choć w trakcie lektury uśmiechnęłam się pod nosem kilka razy, to spodziewałam się jednak czegoś znacznie lepszego.

Mój główny problem z tą książką polega chyba przede wszystkim na tym, że zwyczajnie nie byłam w stanie polubić głównej bohaterki, która niestety przez większość książki sprawiała wrażenie odrobinę… tępawej.
Prawie do łez (rozpaczy albo ze śmiechu, ciężko zdecydować do czego było mi bliżej) doprowadził mnie fragment o zakupach, na których Małgosia zakupiła trzy rzeczy (sukienkę, dżinsy i spodnie). To samo w sobie nie jest niczym dziwnym, ale już to, że przedsiębiorcza Małgosia zdając sobie sprawę, że wraz z mężem Krzysztofem muszą spłacać różne kredyty i brakuje im pieniędzy na wiele drobiazgów, postanowiła wszystkie te rzeczy kupić na wyprzedażach, w okazyjnej cenie trzystu złotych za całość… no, to sprawia, że przeciętny człowiek kupujący ubrania w naprawdę okazyjnych cenach po prostu złapie się za głowę.
Ten i inne podobnego typu fragmenty spowodowały, że bohaterka zwyczajnie traciła na wiarygodności, a to zaś zamiast sympatii wywoływało ogromną niechęć w stosunku do niej. Nie pomógł też fakt, że całość napisana jest po prostu kiepsko. Zaczynając od licznych powtórzeń, poprzez to, że swoją konstrukcją książka mocno przypominała mi pamiętniki prowadzone przeze mnie dziesięć lat temu (wczoraj byliśmy u mojej mamy; byłam dzisiaj cały dzień zmęczona; powiedziałam Krzysztofowi, że mam megadoła i zaczęliśmy rozmawiać; od kilku dni mam rozwolnienie) aż do przeraźliwie drażniących wstawek: ha, ha, hi, hi oraz he, he, które sprawiały wrażenie, jakby autorka sama próbowała czytelnikowi wskazać, w którym momencie ten powinien zacząć się śmiać.
Na plus mogę zaliczyć chyba jedynie to, że szybko się czytało i było kilka momentów (dwa? trzy?) kiedy ta pisanina Małgosi i jej zachwyty nad Rumpelkiem naprawdę mnie rozczuliły.
Chociaż… może zwyczajnie chodzi o to, że dopóki sama nie będę miała dziecka, dopóty nie zrozumiem rozterek młodych mam?
Magda Fres, Mama, smoczek!, Warszawa, Prószyński i S-ka 2012.