Lubicie książki podróżnicze? Ja bardzo. Każda kolejna jest dla mnie cudownym doświadczeniem, bo każda kolejna pozwala mi spojrzeć z bliska na ten kawałek świata, którego osobiście mogę nigdy nie zobaczyć. A co by było gdyby przenieść się nie do innego kraju, ale do innego czasu, pozostając wciąż w granicach Polski? Cóż, Izabela Meyza i Witold Szabłowski postanowili to sprawdzić, ich eksperyment zaś okazał się co najmniej ciekawy.

22 lipca 2011 roku, autorzy wzięli swoją dwuletnią Mariannę pod pachę, wyłączyli komórki, odłączyli Internet i zaopatrzeni w PRL-owskie gadżety, z których zdobyciem nie mieli zresztą większych problemów, bo Ludzie wychowani w PRL-u mają we krwi, żeby nic nie wyrzucać. Może się da na coś wymienić albo będzie gdzieś pasować, albo komuś się przyda* i ubrania typu non-iron ruszyli na Ursynów, do mieszkania zupełnie nienaznaczonego upływem czasu, by bez udogodnień kapitalizmu przeżyć w nim pół roku. O ile zdobycie pralki Frani, powoli rozlatującego się Malucha czy telefonu z tarczą, choć odrobinę problematyczne, okazało się jednak do wykonania, to z odtworzeniem swoistego klimatu lat osiemdziesiątych mieli już nie mały problem. Gdzie bowiem we współczesnej Warszawie znaleźć kilometrowe kolejki, w których można by stać dzień i noc, gdzie dostać kość na zupę wyciągniętą prosto spod lady i jak nawiązać kontakt z sąsiadami, którzy unikają go na wszelkie sposoby? A przede wszystkim, jak odtworzyć wspomnienia, które diametralnie się od siebie różnią i zależą od tego, kogo o tę minioną epokę zapytamy?
O czym marzą dzisiejsze dzieci zmieniające smarfony albo przynajmniej komórki jak rękawiczki, zabijające wrogów w grach komputerowych szybciej, niż zwiększają się zasoby światowego Internetu, objadające się bananami i pomarańczami? W świecie, w którym wszystko masz natychmiast, nie ma już marzeń.
Chcemy dać Mariannie choćby naparstek świata naszego dzieciństwa, przenieść ją do odległej cywilizacji, w której książka nie jest tylko nudnym zamiennikiem gry komputerowej. […] Chcę, żeby Marianna była wrażliwa na tych, którzy nie nadążają za kapitalistycznymi zmianami. Na dzieciaki z Brzeskiej, ulicy warszawskich wykluczonych, które mijamy codziennie po drodze do pracy i których rodzice nie mają innego wyjścia, niż żyć w głębokim PRL-u.**
Poza oczywistym obrazem Polski sprzed trzydziestu lat, wyłania się z książki Meyzy i Szabłowskieggo również obraz Polski wspołczesnej. Obraz, co trzeba dodać, dość gorzki. Wystarczy wyobrazić sobie minę sąsiadów, gdy tuż po wprowadzce próbowalibyśmy się z nimi zapoznać, albo naszą własną, gdy ktoś z piętra wyżej przyszedłby w południe prosić nas o szklankę cukru, bo mu właśnie zabrakło do ciasta. W czasie PRL-u nie było to niczym dziwnym, niczym nadzwyczajnym. Dziś gdy w osiedlowym sklepie czynnym 24 godziny na dobę znajdzie tego cukru z dziesięć rodzai cała potrzeba kontaktów międzyludzkich gdzieś znika. Niestety, nie da się ukryć, że coś się w nas nieodwracalnie zmieniło. Że przez rozwój technologii gdzieś wciąż umyka nasze człowieczeństwo. Że zamiast nawiązać miłą znajomość stojąc w kolejce po chleb wolimy większość rzeczy załatwić przez Internet. Bo tak szybciej, bo wygodniej, bo nie trzeba nawet ruszać się z ulubionego fotela.
Wszyscy się spieszą. Wszystkim mało czasu. Jestem dla nich kosmicznym pyłkiem, który zdmuchuje się, lekko tylko dodając gazu. Wszyscy oni żyją w permanentnym przekonaniu, że jeśli zwolnią, jeśli pozwolą sobie na jazdę kilkanaście kilometrów wolniejszą, to COŚ im ucieknie.
Wiem, przecież jeszcze przed chwilą sam tak żyłem. Sam wyprzedzałem zygzakiem po pięć samochodów, sam trąbiłem na tych wolniejszych, sam cwaniakowałem na skrzyżowaniach, byle tylko stanąć na światłach pierwszy, byle mieć poczucie kolejnego małego sukcesiku. I wiem, że nieważne, co to jest to COŚ. Ważne, że jeśli zwolnisz, to już tego nie dogonisz i nigdy nie będziesz szczęśliwy.***
Dla mnie, urodzonej w roku ’90 ta podróż okazała się niemalże tak samo niesamowita, jak dla autorów. Z całego serca im dziękuję, że choć na kilka chwil zechcieli mnie zabrać tam, gdzie nigdy już nie trafię i pokazać mi świat, którego nigdy już nie zobaczę. Prawdopodobnie, bo przecież, jakby się uprzeć, to jeszcze wszystko jest możliwe…
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu Lektury Reportera.
Izabela Meyza, Witold Szabłowski, Nasz mały PRL. Pół roku w M-3 z trwałą, wąsami i maluchem, Kraków, Wydawnictwo Znak 2012.
*s. 36.
**s. 27
***s. 238