Rozwód rodziców jest chyba najgorszą rzeczą jaka może spotkać dziecko. Zawieszone w próżni, między ojcem a matką, między dwoma najbliższymi osobami na świecie, nie wiedząc gdzie szukać pomocy musi czuć się ogromnie samotne. Jeszcze gorzej, gdy okazuje się, że rodzice rochodzą się w nienawiści.

Tak jak rodzice sześcioletniej Maisie, którzy rozstając się w złości i walcząc o prawa do dziecka, na którym w pewnym momencie przestaje im właściwie zależeć, zaczynają je jednocześnie traktować jak zabawkę. Jak pretekst do tego, by temu drugiemu zadać ból.

Nie chciałabym żyć wśród ludzi wykreowanych przez Jamesa. Tym bardziej nie chciałabym znaleźć się między nimi jako bezbronna dziewczynka, która nie znając jeszcze na tyle ludzkiej natury, pokłada całe swe zaufanie w każdej osobie, która okaże jej choć odrobinę serca. Towarzystwo wśród którego przyszło się Maisie obracać jest zepsute, nastawione na to by martwić się tylko o siebie. Poczynając od rodziców małej, dla których ważny zdaje się tylko pieniądz i pozycja społeczna, poprzez jej kolejnych opiekunów. Każdy tu dba o swój interes, a jeśli do osiągnięcia własnego celu da się w jakiś sposób wykorzystać dziecko to czemu by tego nie zrobić? I tylko panna Wix zdaje się jakoś od tego schematu odbiegać, stając w gotowości do tego, by zrzucić się z piedestału na pierwszym miejscu stawiając małą Maisie. 

Sama Maisie zdawała mi się chwilami zbyt dojrzała. Biorę pod uwagę to, że dziecko postawione w obliczu takiej sytuacji może nadzwyczaj szybko dorosnąć, a jednak czasem miałam wrażenie, że to dziewczynka nie sześcio-, ale co najmniej piętnastoletnia, tak wielką wiedzą potrafiła zaskoczyć.

Momentami gubiłam się w prowadzonej przez autora narracji, utożsamiając się jednocześnie z dzieckiem rzuconym między ludzi, wśród których każdy wymaga ode mnie podjęcia jakiejś decyzji, najczęściej niezgodnej z propozycjami całej reszty. Czułam się dokładnie tak jak to dziecko stojące w środku pokoju, wśród osób, które patrzą na mnie z oczekiwaniem, płynnie wodząc wzrokiem od jednej twarzy do drugiej i nie bardzo wiedząc, w którą stronę koniec końców powinnam, a nawet w którą stronę chciałabym pójść.

Przy wszystkich zaletach tej książki dostrzegam też jedną wadę, która znacząco wpływa na odbiór całości. Nie odpowiada mi zupełnie styl Henry’ego Jamesa. Zdania, które buduje są jakieś takie toporne, kwadratowe, czasami musiałam je sobie przeczytać dwa, trzy razy, żeby wyłapać sens. Były też momenty, gdy miałam bardzo silne wrażenie, że obecny kształt tekstu to nie całkiem wina autora i że coś po prostu poszło nie tak przy tłumaczeniu. Żeby nie być gołosłownym oto mała próbka tekstu: Żona pokonała ostatni dzielący ich odcinek drogi i usiadła na ławce, miękko przyciągając do siebie córkę, która znów poczuła ukłucie strachu, ale zaraz osłabł. Sir Claude przeglądał gazetę i wyglądali jak rodzina, on nieco na uboczu i matka gładząca dziecko po włosach.* Oczywiście, biorę poprawkę na to, że to powieść, która została napisana przeszło sto lat temu, a jednocześnie nic nie mogę poradzić na to, że całość mocno mi zgrzytała.

Recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

Henry James, O czm wiedziała Maisie, Warszawa, Prószyński i S-ka 2012

*s. 195